Jako szanujący się krakowski artysta zwykłem spać do południa. Dzisiaj nie wyszło. Wczesnym rankiem obudził mnie rozlegający się nad miastem dziwaczny hałas. Przeszywający nadwiślańskie opary krzyk przerażenia, syk zazdrości  i warkot oburzenia w jednym. Mistrz Pilch potrafiłby opisać ową pieśń rozpaczy w trzech felietonach a jego epigon czerski w pięciu blogowych notkach, ale ja lubię  konkret – więc krótko. Dźwięk ten wydobył się jak na komendę z gardeł licznie zamieszkałych w naszym grodzie młodych poetów, którzy wydali w zeszłym roku naprawdę wartościowe tomiki poetyckie, podczas otwierania przy śniadaniu krakowskiego dodatku „Wyborczej”. Nasza papieżyca krytyki literackiej, Reich-Ranicka i Paris Hilton w jednym, wysmarowała tam takie
bezeceństwa:

A oto i sam zadowolony król w ubraniu a la inny znany poeta. Niestety cyfrak w komórce nie uchwycił szczegółów wykwintnego fraczku

I królowa groźnie spoglądająca na Niemczyńską:

już ja ci dam „uścisnąć dłoń”!