Wpisy z okresu: 4.2008

    Piekielny pies

    1 komentarz

    Oto i filmik, 100 a może i 200% kaczki w kaczce, czyli pijaństwo, pseudo-opera, Lokator – wszystko co najgorsze, co najbardziej drażni oczy, uszy i filisterską zaśniedziałość:

    Oprócz mnie występuje Ewa Sonnenberg (piano) Maciek Gniady z psem Bajką (recytacja) oraz chórek przypadkowo spotkanych w Loku osób. Całość była nagrywana jednego wieczoru w iście ekstremalnych warunkach. Tekst tutaj.

    Nagrody co prawda nie dostałem, ale – podobnie jak na ostatnich slamach, w głosowaniu publiczności zdobyłem chyba już tradycyjne drugie miejsce podczas sobotniej projekcji (na jakieś 40 prezentowanych klipów). A ktoś tam gdzieś kiedyś pisał, że podobno wrocławska publiczność mnie nie ceni ;)

    Ostatecznie wygrał ze mną filmik pt „Jakim chcesz być kotem”. Kot wygryzł psa? Skoro tak, to w produkcji na następny konkurs wystąpią myszy. Oby dożyły.

    sens

    Brak komentarzy

    Jacek Podsiadło napisał taki wiersz, krótko parafrazując: „kiedyś listonosz przyniesie mi antologię polskiej poezji rytmicznej, odnajdę w niej siebie – taki jest tego pisania sens”.
    Wczoraj odnalazłem siebie w publikacji o campie. Książkę wydała „Krytyka Polityczna” z którą jak wiadomo mam mocno na pieńku. Czyżby cenzor przeoczył? Co za ironia losu. Ale o tym kiedy indziej. W książeczce stoi, jakobym był polskim naśladowcą chloe poems. Nie martwią mnie takie porównania, ale to jakieś nieporozumiemie. Nikogo nie naśladuję. Nigdy wcześniej nie znałem tego dziwaka-lewaka. Dość monotematyczny jak na mój gust. No i przecież zupełnie niepodobny ;) Jedno trzeba przyznać – ma dużo grzeczniejszą publiczność niż ja na klipie notka niżej.

    A już za chwilę internetowa premiera mojego nowego klipu!

    Zbliża się kolorowy festiwal a konkurujące stowarzyszenie powiesiło jeszcze większe niż w zeszłym roku plakaty reklamowe. Co za wojna o rząd dusz, co za chwalebny przykład zaangażowania w dzisiejszym świecie bezideowości. Dlatego i ja postanowiłem wrzucić na youtube filmik z wydarzeń sprzed roku, który już raz był opubllikowany, następnie wstydliwie usunąłem go, ale, no powiedzcie sami czy mi może jeszcze coś zaszkodzić?

     

    Stowarzyszenie „Mina” robi zaiste wiele dla utrzymania regularności Krakowskiego slamu. Slamu wędrującego, gdyż tym razem odbył się w Klubie „Pauza” na Floriańskiej. Nie w tej starej Pauzie na pięterku tylko w nowej części klubu, w piwnicach. Miejsce – trzeba przyznać – wypasione. Rozległe sale, gustowne pluszowe taboreciki. Publiczność jak zwykle dopisała, oprócz generacji emo był nawet jeden gość na oko pod 30-stkę, jak się okazało autor poczytnego krakowskiego bloga. Slamerzy tak sobie – tylko dziewięciu występujących. Włączywszy 3-osobowy desant z Warszawy i mnie, który żem był tam przyszedł nie planując występu. Ale się skusiłem i znów – jak poprzednio w „Psie” – dotarłem do finału i znów odebrał mi zwycięstwo Dawid Koteja, którego powoli przestaję lubić. Oto występ nienasyconego dredziarza z półfinału, proszę zobaczyć jak namolnie kokietuje publikę złożoną w jego mniemaniu z typowych „studentek-polonistek”, jak z manierą kanapowego pudla doprasza się o nagrodę – w Warszawie za coś takiego zostałby wygwizdany. Pod koniec filmiku wypowiedź Reginy Miszteli w której z charakterystycznym wdziękiem streszcza historie, jakie miały miejsce w finale:

     

    Podziwiam Warszawiaków – Gila, Kubę Przybyłowskiego, którzy po raz kolejny przejechali taki szmat drogi aby przegrać. Wygląda na to że w Krakowie piwniczno-podbaranowe klimaty lepiej się sprzedają. W finale oprócz jęków Kotei rządziły wersy rymowane. Konferansjer coraz lepszy, coraz błyskotliwszy, zamiast zagrzewać publikę do dzikiego wrzasku sypał anegdotkami wymagającymi od słuchaczy niebezpiecznie wysokiego aj kiu.
    Oto pierwszy z rymopisów – Andrzej Leśniewski. Ważniejszy od samego występu jest wywiad na początku filmiku – porcja najnowszych faktów ze styku sztuki, szołbiznesu i wielkich korporacji:

     

    A tu drugi osobnik eklektycznie rymujący a nawet śpiewający, którego nie ująłem w moich dotychczasowych reportażykach, nadrabiam więc ten brak:

     

    Na koniec zawodnik, który wzbudził moją największą sympatię. Kropelka świeżej slamowej krwi – tyle co ze skaleczonego palca, ale zawsze. Występ krótki, tekst wstrząsająco szczery i przez publikę totalnie niezrozumiany:

     

    Ach, byłbym zapomniał, obszerny fotoreportaż Gila jest tutaj.

    No cóż, diabelsko – knajpianego filmiku na youtube jeszcze nie będzie, bo klip (patrz 3 notki niżej) zakwalifikowano do kolejnego etapu konkursu. Konkurencja jak widać tutaj jest liczna. Ale i tak się cieszę, że pokażą na festiwalu.

    :(

    więcej…>

    GO!

    Brak komentarzy


    - czyli tzw. ucieczka do przodu


    • RSS