Stowarzyszenie „Mina” robi zaiste wiele dla utrzymania regularności Krakowskiego slamu. Slamu wędrującego, gdyż tym razem odbył się w Klubie „Pauza” na Floriańskiej. Nie w tej starej Pauzie na pięterku tylko w nowej części klubu, w piwnicach. Miejsce – trzeba przyznać – wypasione. Rozległe sale, gustowne pluszowe taboreciki. Publiczność jak zwykle dopisała, oprócz generacji emo był nawet jeden gość na oko pod 30-stkę, jak się okazało autor poczytnego krakowskiego bloga. Slamerzy tak sobie – tylko dziewięciu występujących. Włączywszy 3-osobowy desant z Warszawy i mnie, który żem był tam przyszedł nie planując występu. Ale się skusiłem i znów – jak poprzednio w „Psie” – dotarłem do finału i znów odebrał mi zwycięstwo Dawid Koteja, którego powoli przestaję lubić. Oto występ nienasyconego dredziarza z półfinału, proszę zobaczyć jak namolnie kokietuje publikę złożoną w jego mniemaniu z typowych „studentek-polonistek”, jak z manierą kanapowego pudla doprasza się o nagrodę – w Warszawie za coś takiego zostałby wygwizdany. Pod koniec filmiku wypowiedź Reginy Miszteli w której z charakterystycznym wdziękiem streszcza historie, jakie miały miejsce w finale:

 

Podziwiam Warszawiaków – Gila, Kubę Przybyłowskiego, którzy po raz kolejny przejechali taki szmat drogi aby przegrać. Wygląda na to że w Krakowie piwniczno-podbaranowe klimaty lepiej się sprzedają. W finale oprócz jęków Kotei rządziły wersy rymowane. Konferansjer coraz lepszy, coraz błyskotliwszy, zamiast zagrzewać publikę do dzikiego wrzasku sypał anegdotkami wymagającymi od słuchaczy niebezpiecznie wysokiego aj kiu.
Oto pierwszy z rymopisów – Andrzej Leśniewski. Ważniejszy od samego występu jest wywiad na początku filmiku – porcja najnowszych faktów ze styku sztuki, szołbiznesu i wielkich korporacji:

 

A tu drugi osobnik eklektycznie rymujący a nawet śpiewający, którego nie ująłem w moich dotychczasowych reportażykach, nadrabiam więc ten brak:

 

Na koniec zawodnik, który wzbudził moją największą sympatię. Kropelka świeżej slamowej krwi – tyle co ze skaleczonego palca, ale zawsze. Występ krótki, tekst wstrząsająco szczery i przez publikę totalnie niezrozumiany:

 

Ach, byłbym zapomniał, obszerny fotoreportaż Gila jest tutaj.