Proszę sobie wyobrazić, że wszystkie biura podróży oferują jedynie wyprawy dookoła świata, a nie ma zwykłych wczasów czy wycieczek. Absurd? Takie wrażenie można odnieść czytając w prasie i na portalach internetowych doniesienia o kolejnych projektach z zakresu turystyki rowerowej. Zamiast o realnych, możliwych do przejechania w weekend lub tydzień atrakcyjnych trasach z odpowiednim zapleczem aprowizacyjnym i noclegowym, pisze się o propagandowych, rozbuchanych projektach. Najpierw było głośno o ścieżce rowerowej wokół całych Tatr, szlaku Greenways  Kraków – Wiedeń, potem o „autostradzie rowerowej”  z północy na południe Polski. Teraz, jak to się po modnych kawiarniach mawia – dyskurs medialny, zawłaszczyła inicjatywa budowy gigantycznej i drogiej jak na polskie warunki wiślanej trasy rowerowej. Schemat za każdym razem zbliżony: dużo hałasu i bicia piany, okolicznościowy rajdzik, wydębienie skądś funduszy na pomalowanie znaków na drzewach i słupach, druk folderów na kredowym papierze, a potem cisza. Żadnej kontynuacji w postaci regularnych imprez czy pojawienia się na rynku funkcjonującego produktu turystycznego. Z ciekawością zauważyłem jednak, że wypowiedzi na forum pod artykułem Joanny Jałowiec są mocno zbieżne z moimi poglądami, i w stosowaniu określenia „szkodliwa gigantomania” nie jestem odosobniony.

W sumie należałoby się uśmiechnąć, bo z wszystkich tromtadrackich pomysłów ten najnowszy najbardziej trzyma się kupy. Rajdy na dwóch kółkach wzdłuż rzek są w krajach na zachód od Odry rozrywką, którą uprawiają miliony. Każda ciekawa krajobrazowo dolina w Niemczech czy Austrii ma swój „Radweg” (drogę rowerową) a wzdłuż niej infrastrukturę: pensjonaty gotowe przyjąć rowerowych gości na tylko jeden nocleg, firmy transportujące bagaż itp. Polska pod tym względem jest daleko odstającym kopciuszkiem.

Wisła jest przyrodniczą perełką Europy i nigdy dość nagłaśniania jej unikalnych walorów. Niestety, mój kategoryczny sprzeciw i niesmak budzi nadużywanie argumentów biznesowo-turystycznych, cytuję „Wiślana Trasa Rowerowa ma szansę stać się polskim, narodowym produktem turystycznym o znaczeniu ogólnoeuropejskim”.

Obawiam się, że autorzy tego sloganu, obliczonego na wyciągnięcie kasy z różnych krajowych i europejskich instytucji (na druk laminowanych folderów już wyciągnięto) mają bardzo mętne pojęcie, co to takiego „produkt turystyczny”. Jako organizator komercyjnych imprez rowerowych z 18-letnim stażem i autor autor pierwszego prawdziwego produktu turystyczno-rowerowego w Małopolsce (tramwaj rowerowy z biegiem Dunajca – opis pol. niem. ang.) wyjaśniam: to taki zestaw usług, na który znajdzie się klientela gotowa zapłacić. Zapłacić i kupić w takiej ilości, aby opłacało się prowadzenie pensjonatów, wypożyczalni rowerów, biur organizujących imprezy pakietowe, sprzedawane za pośrednictwem  specjalistycznych rowerowych agencji. Nie jeden-dwa spartańskie rajdy, od wielkiego dzwonu tylko regularne turnusy przez cały sezon na przestrzeni wielu lat, z utrzymaniem europejskiego poziomu noclegów, wyżywienia i logistyki.

Nie da się czegoś takiego realnie zrobić w dolinie górnej i środkowej Wisły. Poza bulwarami w Krakowie nie ma tu żadnej, nawet szczątkowej infrastuktury, brakuje wygodnego noclegu na kilku 120-150 kilometrowych odcinkach biegu rzeki.

Krajobraz monotonny, nie wytrzymuje w konkurencji z dolinami mniejszych, karpackich dopływów. A na sąsiednich nizinach ciekawsza jest np. dolina Nidy, gdzie już organizowane są pierwsze pakiety.

Proszę spojrzeć na przykład Włoch: nikt tam nie promuje pakietowych imprez w dolinie wielkiej, nizinnej „narodowej” rzeki czyli Padu. Natomiast bardzo popularne są imprezy na Etsch-Radweg, czyli szlaku w dolinie Adygi, który ukazuje spektrum krajobrazów od Alp po wenecką lagunę.

Najpoważniejszą przeszkodą w popularyzacji turystyki wśród Polaków jest „odległościowa blokada emocjonalna”. Przyzwyczajonym od dziecka do podróżowania pojazdami mechanicznymi, pokonanie rowerem 30-40 kilometrów wydaje się nadludzkim wysiłkiem. (Choć np. wejście na Giewont – de facto dużo bardziej męczące – już nie). Pisanie tekstów „Wsiadasz na rower w górach i jadąc wzdłuż Wisły, docierasz aż do Bałtyku” tylko tę blokadę pogłębia i potencjalnych chętnych odstrasza. A rozpisywać się z entuzjazmem, że nagle zaczną  tu masowo przyjeżdżać Europejczycy, może jedynie ktoś niespełna rozumu. 

Główna orędowniczka wiślanej trasy, europosłanka Grażyna Staniszewska powołuje się na swoje Brukselskie znajomości, podaje przykład Walonii, gdzie wzdłuż kanałów zbudowano ileś tam ścieżek itp. Skoro region ten ma być wzorcem, to przed użyciem argumentów biznesowo turystycznych proszę skonsultować się np. z belgijskim organizatorem imprez rowerowych VOS Travel z Roeslare. (Opis po polsku jednego z ich pakietów Bruksela-Brugia tutaj

Póki co, turystyczno-rowerowe środowisko w Polsce podzielone jest na dwa nie przystające do siebie światy. Świat praktyków, którzy we własnym, prywatnym zakresie próbują  wykroić z istniejącej wokół kurortów i hoteli sieci dróg – jakiś w miarę sensowny sprzedawalny produkt. I świat celebrytów, którzy przy poklasku mediów celebrują kolejne fantasmagorie, i w oderwaniu od ekonomicznych realiów wyciągają rękę po państwowe/europejskie/samorządowe pieniądze.

Organizatorzy wiślanej akcji zbierają podpisy pod petycją o budowę 1000-kilometrowej, wydzielonej drogi rowerowej. Nie podpisuję się pod tym i apeluję o nie popieranie tej nieprofesjonalnej kampanii. Decydentów od kierowania funduszy zwracam uwagę na  dziesiątki miejsc, gdzie turystyka rowerowa już jako tako funkcjonuje, i które pilnie domagają się choćby minimalnych inwestycji na kilkukilometrowych odcinkach. Gdzie włożone w to niewielkie środki mogą realnie zaprocentować ilością przybywających turystów. W lutym br. spore echa wywołał mój wywiad z Gerdem Hesse, organizatorem imprez na Mazurach. W Małopolsce dunajcowym szlakiem przejechało już ponad 3,5 tysiąca rowerzystów kilkunastu nacji, z braku ścieżki albo choćby szerszego pobocza przeciskając się między samochodami np. w okolicach Krościenka.

Mimo licznych apeli nikt na poważnie nie zajął się się tymi problemami. Zamiast czczego festyniarstwa, może czas już postawić sprawy z głowy na nogi, czyli przykręcić do roweru koła metalowe zamiast papierowych? Inaczej nie pojedzie, nawet jeśli to papier o bardzo wysokim połysku.

Maciej Zimowski, Bird Service

Dyskusja na grupie pl.rec.rowery tutaj