Moja poprzednia notka znalaza się też na krakoff.info, komentarz do niej napisał Marcin Hyła na ogólnie znanej stronie rowerowej, naintensywniejsza dyskusja toczy się jednak na grupie usenetowej pl.rec.rowery

Przy okazji żartobliwa historyjka o tym jak bardzo ściemniactwo i wishful thinking autorów „wiślanej trasy” rozmija się z rzeczywistością. Ma być to rzekomo – cytuję ze źródłamarka kojarząca się z bezpieczeństwem turysty rowerowego, wysokim standardem i jakością infrastruktury, usług oraz ciekawą, niezwykle różnorodną ofertą turystyczną.

Nie przesadnie wysoki ale – najbardziej podstawowy standard do jakiego przyzwyczajony jest rowerzysta nad Dunajem i Renem, to co 30-40 km co najmniej 3-gwiazdkowy hotel a w połowie etapu dobra restauracja. Na ponad 150 kilometrach między Krakowem a Baranowem Sandomierskim próżno szukać jakiegokolwiek hotelu.

Jedyną znaczniejszą – opisywaną często w obcojęzycznych folderach atrakcją, jest malowana wieś Zalipie. Dróżki pod rower pierwsza klasa – europejskie dotacje na asfaltowe dywaniki sołtysa nie idą na marne. Potem niestety szok – w mającej uosabiać polską ludową tradycję, gościnność etc. turystycznej perełce – nie ma gdzie zjeść obiadu. Jedyny gastronomiczny przybytek to siermiężny „bar Zalipianka” z obleśnym blaszanym stołem, miejscowym „elementem” reagującym na turystów zaczepkami i adekwatnie wykwintnym wyszynkiem.

Aha, zapomniałbym o menu zakąsek: odgrzewany w mikrofalówce hamburger lub zali.., tfu! zapiekanka.