Wpisy z okresu: 10.2008

    Lubię bezinteresownie pomagać utalentowanym młodym ludziom. 3 kwietnia br. podjąłem się skromnej roli realizatora i producenta wideoklipów z wieczoru autorskiego w Lokatorze, którego gwiazdą był Janek Szutkowski, prezentujący swój debiutancki tomik pt. „Hipnokracja”. Janek to rzadkie dzisiejszymi czasy egzemplum soczystego poety, który nie tylko pisze wiersze ale również gra i śpiewa. To zapewne z zawiści dla jego rozlicznych talentów, ukazują się takie knajackie i zafałszowane recenzje jak ta.

    Na szczęście gigant (w sensie tak metaforycznym jak i dosłownym) postawangardowej krytyki literackiej – Tomasz Charnas, poznał się na walorach Janka i poprowadził jego wieczór. Składał się on z recytacji wierszy poważnych, wierszy zabawnych, wykonań utworów fortepianowych solowych i słowno-muzycznych. Oto trzy z tych ostatnich:

    To już było

    Zaraz się powieszę

    Warszawska mgła

    Na koniec mój ulubiony wiersz Janka

    CHRYSTEK

    Chrystus umarł
    i zamienił się
    w tysiące małych chrystków

    chrystki nie zmartwychwstają
    chrystki łażą
    nieustannie czynią
    na swoją pamiątkę To
    i często wino

    nikt ich dzisiaj nie skaże
    na skrzyżowaniu mogą
    najwyżej zawał

    porzeźbionych bez piety
    ciało boli długo zanim
    do reszty stanie się słowem

    chrystek mnie wzdycha

    W lutym br. poruszenie i oburzenie wywołał mój filmik przedstawiający fragment wieczoru autorskiego Tomaszka Pułki w Prudniku. Zdesperowany młodzieniec przedstawia w nim wizję dnia śmierci Wisławy Szymborskiej, który będzie dniem katharsis i zmartwychwstania polskiej poezji. Dziś okazuje się, że nie tylko on głosi tezę o marności dorobku noblistki.  Podobne zdanie ma inna niedawna gwiazda  YouTube – Marcel Reich-Ranicki. W dzisiejszym „Dużym Formacie” mega wywiad z pół Polakiem, pół Niemcem i całym Żydem a w nim takie donośne słowa:

    Cały wywiad tutaj

    Tymczasem nasz młody ulubieniec pracuje nad powieścią, która ma zdetronizować Kafkę łamanego przez Finnegans Wake.

    „Wspomnienia” Moniki Żeromskiej są kolejną książką po „Sadze Ludu” Malickiego i nie pamiętam już jakim tomiku poetyckim (a może była to jednak napoczęta rolka papieru toaletowego?) którą wyprałem w pralce.

    Mechanizm jest taki: siedzę sobie na kiblu, czytam książkę, następnie kładę ją na kancie stojącej naprzeciwko pralki ładowanej od góry (często myślę, czemu nikt jeszcze nie wymyślił pralki ładowanej od tyłu?) Jeśli pralka jest otwarta, to wystarczy niewielkie poszturchnięcie i książka wpada do bębna. Mija kilka dni, zapominam o książce. Wrzucając brudne ciuchy czasem jej nie zauważę. Dopiero po zakończeniu prania, kiedy otwierając bęben widzę biały nalot na tkaninach mówię o k… Stało się.

    „Saga Ludu” Malickiego zdezintegrowała się całkowicie. Pranie wypukałem w wannie, w której pływała potem fajna zawiesina z literek (papier związany farbą drukarską nie rozpuścił się).  Po wypuszczeniu wody ścianki wanny pokryły się takim gęstym kolażem z liter i zastanawiałem się, czy nie wymontować jej i nie zanieść do Bunkra Sztuki. Jedyne co z książki pozostało nienaruszone to kolorowa foliowa obwoluta którą nakleiłem na okno w kuchni i wyszło coś w rodzaju witraża. Potem codziennie przy śniadaniu czytałem blurb Nowackiego zaczynający się od słów: „Ze wszystkich sił bronię się przed egzaltacją, ale i tak muszę powiedzieć, że…” itd. Po kilku miesiącach wkurzyłem się, wyrzuciłem artefakt i umyłem okno.

    Albo pralka była tym razem mocniej nabita, albo „Czytelnik” stosuje lepszy papier i technikę introligatorską od „Czarnego”, w każdym razie – teraz z książki pozostało coś takiego:

    Czekam na propozycje, co z tym fantem zrobić.  

    R.I.P.

    Brak komentarzy

    Dozorczyni z kamienicy na Św. Krzyża 17


    odpiąłem pasy i wyłączyłem światła

    Strasznie się tu poważnie ostatnio zrobiło. Dla poluźnienia atmosfery coś lżejszego. Oto mój najnowszy autorski „teledysk” nagrany wczoraj błyskawicznie z udziałem znanego wam już Emila. Utwór inspirowany zainteresowaniem, jakim cieszą się zarówno prawdziwe jak i fałszywe wołania o pomoc w utracie prawictwa.

    oryginalny plik do ściągnięcia: prawiczek.wmv (29,5 mb)

    apel prawiczka

    mam przypadłość. jeśli też ją masz  a  d
    i co wieczór skarżysz się mamusi     G a
    spróbuj tak jak ja pokazać twarz      F d
    ileż można kompleks w sobie dusić  E7 a

    choć przewędrowałem orlą perć
    i pozaliczałem szczyty liczne
    gdy stuknęło mi stulecia ćwierć
    jestem – wstyd to przyznać – wciąż prawiczkiem

    mogli już prezydent, poseł, ksiądz
    wplątać się w afery rozporkowe
    gdy dokoła tafle jezior lśnią
    ja nie dałem rady zanurkować

    choćby mną pożądań tramwaj trząsł
    kołysały sny iluzoryczne
    rano, gdy mnie budzi słońca pląs
    chwytam na tym się… żem wciąż prawiczkiem
     
    nuta rzewna, gitarowy ryf
    kruszy serce i zniewala ciało
    staram się… i nic. mam w życiu syf.
    gdzie docisnąć, żeby zadziałało?

    już mówiłem: pora żebyś sczezł
    biedny lisku z nieużytym chujem
    nagle się wydało – lizał pies!
    wszystkich problem mój interesuje

    dziwne… żaden pedał, menel, żyd
    cudzej nie przykuwa dziś uwagi
    tak jak facet, który łyka wstyd
    bo coś trzyma z dala go od wagin

    gdzież on ma to nieuchwytne coś
    co dla płci przeciwnej jest zaporą
    patrzcie i zgadujcie: czy ten gość,
    to jest jakiś fake? czy może prorok?

    i gdy znowu się obróci w proch
    smutny koleś z nieużytą pytą 
    niech się niesie rozpaczliwy szloch
    zawołajcie mu: santo subito!

    _____
    Piosenka jak widzę cieszy się powodzeniem (pierwszego dnia ponad 7 tys. odsłon). Zapraszam wszystkich nowych fanów do subskrybowania mojego kanału na youtube. Już wkrótce nasza kolejna produkcja, będzie to przeróbka starej katalońskiej pieśni L. Llacha El bandorel w której hmmm… no niestety będę musiał się ustosunkować do tzw. „fenomenu Gracjana”.

    Chyba jeszcze nigdy, w czołówce oglądanych na świecie klipów youtube nie znalazło się coś związanego z literaturą. A teraz proszę, dzisiejszym hitem internetu jest scena, kiedy papież krytyki literackiej i nasz quasi rodak Reich-Ranicki demonstracyjnie odrzuca nagrodę przyznaną przez jarmarczną, obciachową i niegodną zainteresowania kulturalnych ludzi instytucję. Co na to wszyscy nasi Świetliccy, Dehnele, i pomniejsze Radki Wiśniewskie ochoczo biegnący po kasę wypłacaną przez tv?

    Oto spolszczone przeze mnie na szybko clou występu mistrza, całość w oryginale np. tutaj.

    Z mojego klipu skorzystały i poważniejszym komentarzem opatrzyły portale niedoczytania.pl kulturaonline.pl i pardon.pl. Ciekawa dyskusja także na nieszuflada.pl

    Nie milkną doniesienia o problemach ukraińskich literatów z uzyskaniem polskiej wizy celem przyjazdu na trwające właśnie Krakowskie Dni Literatury. Słyszeliśmy już o kłopotach Tarasa Prochaśki. Teraz Marcin Wojciechowski piętnuje konsularną urzędniczkę, która zwątpiła w uczciwość Hałyny Kruk. Tomik ze zdjęciem pisarki nie był przekonującym dowodem bo autorka „mogła wydrukować książkę specjalnie, żeby dostać wizę”. Ostrożny byłbym z takim oburzaniem się. Pomysłowość ludzka zaiste nie zna granic. W Przemyślu np. założono fikcyjną szkołę wyższą, której jedynym zadaniem było wystawianie dokumentów ukraińskim prostytutkom, aby mogły wjechać do Polski na studencką wizę.

    Postsowieckie realia znam z licznych wyjazdów od początku lat 90-tych. Ostatni raz byłem na Ukrainie wiosną 2002 r. Podjąłem się zorganizowania i zasponsorowania wycieczki na Huculszczyznę czterem polskim poetom (J. Podsiadło T. Różycki, K. Śliwka i Patison).

    Jak większość wjeżdżających tam samochodem Polaków narażony byłem na standardowy zestaw nieprzyjemności – uprawianą przez Ukraińców groteskową graniczną biurokrację, pobieranie nielegalnych opłat i łapówek, szykany i milicyjne kontrole na każdym większym skrzyżowaniu. Kto tam już jechał – wie, jak szczególnym koszmarem jest próba opuszczenia tego kraju. Po wielogodzinnym oczekiwaniu zostaliśmy cofnięci z granicy ukraińsko-węgierskiej  bo celnik dopatrzył się jakiegoś uszkodzenia paszportu – klasyczna zagrywka żeby wyłudzić „wzjatku”. Niestety jeden pan poeta uniósł się honorem, co kosztowało mnie mnóstwo straconego czasu, pieniędzy i kilkaset nadrobionych kilometrów. Przy następnym podejściu do granicy musiałem zmiękczyć kozactwo moich współtowarzyszy odpowiednią ilością miejscowej paprykówki, a pograniczników przekonać zwitkami dolarowych banknotów że nie powinniśmy spędzić w ich kraju kolejnej doby załatwiając się w krzaki. Od tego czasu nic a nic się w tej materii nie zmieniło, o czym świadczą liczne niezliczone dziennikarskie czy prywatne relacje. Jest to zresztą i tak tylko ułamek problemów przeżartego korupcją państwa. Będzie pewnie o nich coraz głośniej w związku z planowaną organizacją Euro 2012. Nie lepiej jest u pozostałych naszych wschodnich sąsiadów.

    Jeździłem sporo po Europie jeszcze w czasach komuny. Dobrze pamiętam czasy całonocnych kolejek po wizę, załatwianie mniej lub bardziej fikcyjnych „zaproszeń” żeby pan władza  wydał paszport na komendzie MO. Doświadczyłem smutnego losu przybysza z gorszej, biednej części świata, choćby będąc aresztowanym i deportowanym z Niemiec za nielegalną pracę w małym warsztacie metalowym. Nigdy jednak nie dochodziło w Polsce do tak powszechnego gwałcenia cywilizowanych norm. Że nie wspomnę o jakichkolwiek szykanach wobec przyjezdnych z zachodu i konieczności wkładania na każdym kroku banknotu w podawany do kontroli paszport. Utrzymywanie postsowiecko-feudalnych obyczajów na Ukrainie jest tym bardziej szokujące, im bardziej liberalizuje się realia w nowych krajach Unii. A dzisiejsza różnica w dostępie do dóbr materialnych i obiegu informacji po obu stronach Bugu jest niczym wobec przepaści jaka dzieliła Polskę od Zachodu jeszcze w latach 80-tych.   

    Można nie mieć wpływu na położenie geopolityczne, historyczne zaszłości, poziom dobrobytu, ale to nie tłumaczy obywatelskiego stuporu. W Polsce nawet pod osłoną najczarniejszej totalitarnej nocy nie zabrakło pisarzy i intelektualistów, przypominających czym jest kultura, uczciwość, przyzwoitość. Nie wahali się występować przeciwko PRL-owskim  absurdom, mając świadomość że ich głos jest słabo słyszany a ze strony władz grożą przykrości. Z zakazem druku i emigracją włącznie.        

    Nie zauważyłem takiej postawy o owych młodych ukraińskich i białoruskich literatów, którzy uporawszy się z konsularnymi urzędniczkami  przyjechali prezentować się na krakowskim festiwalu. Zobaczyłem ekipę podpitych, knajpianych lekkoduchów, recytujących teksty o sikaniu na liście. Bardziej przypominali ugłaskanych przez władze pieszczochów systemu. Zblazowanych konformistów, przymykających oczy na „drobne niewygody”, zaliczających kolejne stypendia i pobyty w domach pracy twórczej. Dlatego nie żal mi was, bękarci Wernyhory. 

    - ja walczyłem z komuną. a ty?

    - ja walczyłem z tym, z czym miałem okazję walczyć.

    _______
    Posłuchajcie jak Emil śpiewa piosenkę o słynnym warszawskim klubie Tomba Tomba:


    • RSS