Nie milkną doniesienia o problemach ukraińskich literatów z uzyskaniem polskiej wizy celem przyjazdu na trwające właśnie Krakowskie Dni Literatury. Słyszeliśmy już o kłopotach Tarasa Prochaśki. Teraz Marcin Wojciechowski piętnuje konsularną urzędniczkę, która zwątpiła w uczciwość Hałyny Kruk. Tomik ze zdjęciem pisarki nie był przekonującym dowodem bo autorka „mogła wydrukować książkę specjalnie, żeby dostać wizę”. Ostrożny byłbym z takim oburzaniem się. Pomysłowość ludzka zaiste nie zna granic. W Przemyślu np. założono fikcyjną szkołę wyższą, której jedynym zadaniem było wystawianie dokumentów ukraińskim prostytutkom, aby mogły wjechać do Polski na studencką wizę.

Postsowieckie realia znam z licznych wyjazdów od początku lat 90-tych. Ostatni raz byłem na Ukrainie wiosną 2002 r. Podjąłem się zorganizowania i zasponsorowania wycieczki na Huculszczyznę czterem polskim poetom (J. Podsiadło T. Różycki, K. Śliwka i Patison).

Jak większość wjeżdżających tam samochodem Polaków narażony byłem na standardowy zestaw nieprzyjemności – uprawianą przez Ukraińców groteskową graniczną biurokrację, pobieranie nielegalnych opłat i łapówek, szykany i milicyjne kontrole na każdym większym skrzyżowaniu. Kto tam już jechał – wie, jak szczególnym koszmarem jest próba opuszczenia tego kraju. Po wielogodzinnym oczekiwaniu zostaliśmy cofnięci z granicy ukraińsko-węgierskiej  bo celnik dopatrzył się jakiegoś uszkodzenia paszportu – klasyczna zagrywka żeby wyłudzić „wzjatku”. Niestety jeden pan poeta uniósł się honorem, co kosztowało mnie mnóstwo straconego czasu, pieniędzy i kilkaset nadrobionych kilometrów. Przy następnym podejściu do granicy musiałem zmiękczyć kozactwo moich współtowarzyszy odpowiednią ilością miejscowej paprykówki, a pograniczników przekonać zwitkami dolarowych banknotów że nie powinniśmy spędzić w ich kraju kolejnej doby załatwiając się w krzaki. Od tego czasu nic a nic się w tej materii nie zmieniło, o czym świadczą liczne niezliczone dziennikarskie czy prywatne relacje. Jest to zresztą i tak tylko ułamek problemów przeżartego korupcją państwa. Będzie pewnie o nich coraz głośniej w związku z planowaną organizacją Euro 2012. Nie lepiej jest u pozostałych naszych wschodnich sąsiadów.

Jeździłem sporo po Europie jeszcze w czasach komuny. Dobrze pamiętam czasy całonocnych kolejek po wizę, załatwianie mniej lub bardziej fikcyjnych „zaproszeń” żeby pan władza  wydał paszport na komendzie MO. Doświadczyłem smutnego losu przybysza z gorszej, biednej części świata, choćby będąc aresztowanym i deportowanym z Niemiec za nielegalną pracę w małym warsztacie metalowym. Nigdy jednak nie dochodziło w Polsce do tak powszechnego gwałcenia cywilizowanych norm. Że nie wspomnę o jakichkolwiek szykanach wobec przyjezdnych z zachodu i konieczności wkładania na każdym kroku banknotu w podawany do kontroli paszport. Utrzymywanie postsowiecko-feudalnych obyczajów na Ukrainie jest tym bardziej szokujące, im bardziej liberalizuje się realia w nowych krajach Unii. A dzisiejsza różnica w dostępie do dóbr materialnych i obiegu informacji po obu stronach Bugu jest niczym wobec przepaści jaka dzieliła Polskę od Zachodu jeszcze w latach 80-tych.   

Można nie mieć wpływu na położenie geopolityczne, historyczne zaszłości, poziom dobrobytu, ale to nie tłumaczy obywatelskiego stuporu. W Polsce nawet pod osłoną najczarniejszej totalitarnej nocy nie zabrakło pisarzy i intelektualistów, przypominających czym jest kultura, uczciwość, przyzwoitość. Nie wahali się występować przeciwko PRL-owskim  absurdom, mając świadomość że ich głos jest słabo słyszany a ze strony władz grożą przykrości. Z zakazem druku i emigracją włącznie.        

Nie zauważyłem takiej postawy o owych młodych ukraińskich i białoruskich literatów, którzy uporawszy się z konsularnymi urzędniczkami  przyjechali prezentować się na krakowskim festiwalu. Zobaczyłem ekipę podpitych, knajpianych lekkoduchów, recytujących teksty o sikaniu na liście. Bardziej przypominali ugłaskanych przez władze pieszczochów systemu. Zblazowanych konformistów, przymykających oczy na „drobne niewygody”, zaliczających kolejne stypendia i pobyty w domach pracy twórczej. Dlatego nie żal mi was, bękarci Wernyhory.