„Wspomnienia” Moniki Żeromskiej są kolejną książką po „Sadze Ludu” Malickiego i nie pamiętam już jakim tomiku poetyckim (a może była to jednak napoczęta rolka papieru toaletowego?) którą wyprałem w pralce.

Mechanizm jest taki: siedzę sobie na kiblu, czytam książkę, następnie kładę ją na kancie stojącej naprzeciwko pralki ładowanej od góry (często myślę, czemu nikt jeszcze nie wymyślił pralki ładowanej od tyłu?) Jeśli pralka jest otwarta, to wystarczy niewielkie poszturchnięcie i książka wpada do bębna. Mija kilka dni, zapominam o książce. Wrzucając brudne ciuchy czasem jej nie zauważę. Dopiero po zakończeniu prania, kiedy otwierając bęben widzę biały nalot na tkaninach mówię o k… Stało się.

„Saga Ludu” Malickiego zdezintegrowała się całkowicie. Pranie wypukałem w wannie, w której pływała potem fajna zawiesina z literek (papier związany farbą drukarską nie rozpuścił się).  Po wypuszczeniu wody ścianki wanny pokryły się takim gęstym kolażem z liter i zastanawiałem się, czy nie wymontować jej i nie zanieść do Bunkra Sztuki. Jedyne co z książki pozostało nienaruszone to kolorowa foliowa obwoluta którą nakleiłem na okno w kuchni i wyszło coś w rodzaju witraża. Potem codziennie przy śniadaniu czytałem blurb Nowackiego zaczynający się od słów: „Ze wszystkich sił bronię się przed egzaltacją, ale i tak muszę powiedzieć, że…” itd. Po kilku miesiącach wkurzyłem się, wyrzuciłem artefakt i umyłem okno.

Albo pralka była tym razem mocniej nabita, albo „Czytelnik” stosuje lepszy papier i technikę introligatorską od „Czarnego”, w każdym razie – teraz z książki pozostało coś takiego:

Czekam na propozycje, co z tym fantem zrobić.