Wpisy z okresu: 12.2008

    Ci, którzy pamiętają aferę Kaczkagate (a może raczej Dehnelgate) sprzed prawie roku (odsyłam tu i tu), myślą że pewnie sprawa przeminęła z wiatrem jak wyziewy wygaszonych wielkich pieców w Nowej Hucie. A tymczasem nie, nadal toczę „boje” z administracją portalu nieszuflada.pl.

    Kiedyś wszystko dokładniej opiszę, jako pożyteczny instruktaż dla innych, niegrzecznie potraktowanych. Dzisiaj po długotrwałej korespondencji i powoływania się na liczne paragrafy udało mi się wymóc przywrócenie właściwych danych w moim profilu. A piszę o tym już teraz tylko dlatego, że najprawdopodobniej z końcem roku znikną wszystkie moje dotychczasowe wpisy (chociaż wcale tego nie chcę ale uparlli się że usuną) – jeśli ktoś chciałby sobie ściągnąć do własnego archiwum jakieś wierszyki, relacje ze slamów, albo co lepsze i żarliwsze dyskusyjki (np. spór o Wagnera) to ma na to ostatnią szansę. 

    Dziś zostałem członkiem PO.

    Redakcja „Krytyki Politycznej” zaprzepaściła wczoraj szansę na honorowe zakończenie zabawnej polemiki wokół wierszy o kryzysie. Recepta była prosta. Jaszczurową akcję – wywieszenie mojego wiersza, należało zignorować. Totalnie olać. Cała sprawa zostałaby szybko zapomniana. Pozostałby po niej jedynie artykuł na niszowym literackim portalu, który – jak widać po komentarzach – nie wywołał szczególnego poruszenia – ot, kilka uśmiechów. A ci którzy ze mną nie sympatyzują odetchnęliby w słusznym przekonaniu, że nie można poważnie traktować człowieka zwanego Kaczką.

    Niestety stało się inaczej, Piotr Marecki ze znaną nam dobrze lekkością szasta kpinami wobec innych. Pisze o bohaterach swoich felietonów groteskowe bzdury. Na wysokim C śpiewa o tym jak Shuty się skończył a Świetlicki zdrobnomieszczaniał. Bierze udział w grubymi nićmi szytych prowokacjach, jak choćby osttani „wieczór autorski” poety Shutego (relacja wideo tutaj), który był od początku wyreżyserowaną podpuchą i kpiną z publiczności.

    Tylko kiedy ktoś nie po jego myśli zastosuje udaną prowokację artystyczną, pan Maro nagle dostaje furii. Z szermierza awangardowej kultury wyłazi mały filisterek. Czynownik trzęsący portkami przez „politbiurem” w Warszawie. Pojęcia takie jak żart, parodia, happening, znajdują się poza zasięgiem jego percepcji. Reakcją na mój wiersz – to akurat osobiście widziałem – była obraza, awantura, nerwowe telefony, żądanie natychmiastowego zdjęcia plakatu. Teraz słyszę o dalszym rozdmuchiwaniu afery – jakichś notach protestacyjnych z Warszawy, groźbach zwolnienia kogoś z pracy… klimaty jak z Bułhakowa.

    Zaproponuj swoją wersję żółci.
    Wpisz w komentarzach albo przyślij mi na priva.

    Trudno, będziemy działać dalej. Nie chodzi tu o moją prywatę, ale wyjaśnienie skandalu – jakim cudem jakaś lewacka organizacja z Warszawy chce tak dalece ingerować w działalność krakowskiego Instytutu Sztuki i szacownego Klubu pod Jaszczurami.

    Ponieważ w przeciwieństwie do Mareckiego, wiem co to żart i dystans, podczas wieczornego opijania akcji w „Lokatorze”, zwycięzca mojego konkursu Łukasz Podgórni vel michał narrow za udany happening otrzymał nagrodę dodatkową. Intonując pieśń Bandiera rossa wręczyłem mu eleganckie czerwone slipy. Tyle, że bez napisu ROMA, który – jak pamiętamy, arcybiskup Paetz kazał czytać swoim klerykom od tyłu.

    Spełniając czyjąś prośbę postanowiłem jeszcze nie publikować filmiku z wydarzenia.

    W najbliższą środę (17 grudnia) zapraszam do Lokatora. Odbędzie tam pojedynek poetów. Po nim być może – mój zaimprowizowany koncert, w trakcie którego wykonam „Międzynarodówkę” w duecie z lewakiem Podgórnim – zwycięzcą mojego konkursu. Przygotowałem dla niego nawet jeden specjalny prezent. Szykują się i inne niespodzianki – przybywajcie. I stay tuned, jak zwykł pisać znany pisarz, Jakub Żulczyk. 

    Nie wypieram się autorstwa tej maksymy. Zwłaszcza w odniesieniu do amatorskiej twórczości internetowej, w której całkiem nieraz konkretne nakłady czasowe i materialne przekładają się jedynie na skromnę satysfakcję, czasem link w jakimś niszowym portalu czy blogu.

    Na tym tle ciekawym odnotowania przypadkiem jest przez publikowany i mocno promowany przez Agorę serialik internetowy pitupitu:

    Jego autorem jest – jak widać w końcówce każdego filmiku – Paweł Oleszczuk. Człowiek ten, zarówno w sieci jak i w realu od lat znany jest głównie jako bard i piosenkarz folkowy pod pseudonimem Apolinary POlek (patrz strona apolinary.pl). POlka znam od dość dawna (dokładnie od 1999r) połączyło nasz oczywiście zainteresowanie poezją śpiewaną. U mnie swoją drogą dość późne, tako po 30-stce, bo wcześniej interesowałem się wyłącznie muzyką klasyczną i operą. 

    W swoim głównym fachu POlek nie przebił się jeszcze poza poziom niszowych przeglądów, małych klubów. Pewną przeszkodą jest zapętlenie się w stachurowsko-kaczmarskich kilmatach, niemodna pretensjonalność niektórych tekstów. Ale warunki i charyzmę chłopak ma, wierzę że się jeszcze wybije. Osobiście uwielbiam w jego wykonaniu „Dom na przełęczy” do słów Waligórskiego.
    Niektóre żywe występy POlka można obejrzeć na jego youtubowym kanale. Pierwsze z nich ja mu zresztą nakręciłem, bo sam wykonawca nie miał przekonania do takiego internetowego medium. Konto na youtube otworzył sobie jedynie po to, aby wrzucić nań kilka zmontowanych wcześniej w ramach czystej zabawy i dla jaj, obyczajowych kreskówek. Jedna z nich (o piwie w puszce) zyskała sporą widownię. To zwróciło uwagę łowców talentów wielkiego medialnego koncernu i odtąd ich autor zyskał niespodziewanie money, success, fame, glamour!

    Czasem więc warto robić to co się lubi, dla samego robienia. Jedno mnie tylko niepokoi. Słuchając tych toksycznych męsko-damskich dialogów bardzo przypomina mi się mój własny, nieudany epizod narzeczeńsko-małżeński. Mam nadzieję że śpiącemu teraz do południa artyście, pomysły do dialogów przynosi w snach wyłącznie muza o imieniu sto procent fikcji.

    Wciąż nie milkną echa mojego prywatnego konkursu na wiersz antylewacki. Ten i ów literacki portalik, a nawet Gazeta Wyborcza publikują jakieś mijające się z prawdą doniesienia. Nie zamierzam ich komentować ani dementować, sprawę uważam za zamkniętą. Oczywiście – cała inicjatywa miała charakter jaskrawego żartu i zważywszy bardzo krótki termin (10 dni) na przygotowanie tekstów, nie spodziewałem się ani masowego udziału ani – powiedzmy sobie szczerze – zbyt wyśrubowanego poziomu prac. Tym bardziej dziękuję uczestnikom, których odzew mimo wszystko pozytywnie mnie, i nie tylko mnie, zaskoczył.

    Natomiast na bardzo liczne zapytania, czy mam zamiar nadal kontynuować swoją szlachetną, kulturotwórczą misję – odpowiadam: tak. Tym razem jak najdalej od taniego i prymitywnego politykierstwa. Moja kolejna inicjatywa zowie się: Konkurs imienia Świergotka Drzewnego na wiersz o tematyce przyrodniczej.  

    Konkurs ten oficjalnie, ze wszelkimi szczegółami, ogłoszę w marcu 2009 2010. Być może uda mi się wyasygnować większą kwotę na kilka nagród, zdobyć poparcie innych instytucji a może nawet zrobić z tego imprezę cykliczną… nie wiem. W każdym razie konkurs taki na pewno się odbędzie i po to o nim wstępnie informuję, aby chętni zawczasu naostrzyli pióra i wyobraźnię. 


    Świergotek drzewny Anthus trivialis, fot. Maciej Kaczka, okolice Narewki, czerwiec 2007.

    Z cienkich dowcipów, jakie pamiętam z przedinternetowego i przedsubkulturowego dzieciństwa przytoczę taki: Co to jest szczyt bezczelności? Nasrać komuś na wycieraczkę, zadzwonić i poprosić o papier.

    We wszystkich płodach tych młodszych, czyli w wieku mniej więcej poniżej czterdziestki twórców kultury, jeżeli pojawia się postać prywatnego przedsiębiorcy, to tylko w jednej obowiązującej manierze. Ktoś kto trudni się prowadzeniem biznesu, nawet jeśli jest to mała jedno- czy kilkuosobowa firemka, nie może przyjąć innej postawy jak przysłowiowego „byznesmena w białych skarpetkach” ograniczonego umysłowo prymitywa, wyzutego ze wszelkich moralnych zasad. Takie postaci straszą ze stron książek Shutego, Odiji, Bieńkowskiego, Beśki, Witkowskiego. Ten ostatni, w zeszłorocznym wywiadzie dla „Dziennika” wręcz rozpływał się w swojej pogardzie dla ludzi biznesu.

    Szczególnie ostrość i antropologiczną zawziętość owej postawy, można zaobserwować  u autorów zgromadzonych pod dobrze znanym szyldem „Krytyki Politycznej”. To już nie tylko pogarda i dystansowanie się, ale słowa jawnej wrogości.

    Można więc sobie wyobrazić jak zszokował mnie mail, który otrzymałem kilka dni temu, z propozycją sponsoringu czasopisma, którego tytułu przez grzeczność nie wymienię, a wśród którego autorów znajduję tych samych lewaków którzy widnieją w stopce KP. Czyżby jakaś kolejna prowokacja?  

    Wybieram się właśnie z dziwną misją do mojego rodzinnego miasteczka, Środy Wielkopolskiej. Mam wygłosić mowę na otwarcie wystawy fotograficznej prezentującej przyrodę tzw. Bagien Średzkich. W zasadzie są inni którzy działają tam na bieżąco i mogliby to zrobić lepiej. Ale chodzi – domyślam się – o uświetnienie imprezy legendą mojej osoby. Byłem bowiem pierwszym, który w szarych latach 80-tych prowadził tam badania faunistyczne i starał się o objęcie owego terenu ochroną. Na tą okazję postanowiłem zdigitalizować garść starych slajdów przedstawiających łąki i torfianki. A przy okazji wpadł mi w ręce taki niewinny obrazek:

    Białowieski wykrot, o ile dobrze pamiętam – późne lato 1988. Na piersi ruska ósemka. Łaty na portkach zdartych od łażenia po trzcinowisku (z zewnątrz bawełniane wewnątrz skórzane) naszywane osobiście (miałem takie chwilowe hobby). Sweterek z kilokaufu w enerefie – ówczesny szyk i lans. Fotkę aparatem marki Zenit robiła Sue Vize, studentka leśnictwa z wysp Fidżi, która nie mogła uwierzyć że maluchy stojące w rządku przd stacją benzynową w nocy nie są tak po prostu zaparkowane, tylko każdy kryje w swoim wnętrzu ludzika czekającego na poranną dostawę paliwa na kartki.

    Zapraszam ponownie na stronę konkursową gdzie opublikowałem nadesłane propozycje i werdykt jednososobowego jury. A oto zwycięski wiersz:

    michał narrow
    lewa ziemia


    woda ludzi
                       budzi
                                 z armatek!
    trzeba mieć wojnę
                                  i stratę,
    żeby ta woda
                          płynęła nam w rurach
                                                              tańsza w chuj.

    - zwykł mawiać dawny przyjaciel,
       przed którym spływam dziś,
                                                     uchodzę
                                                                    za najbliższy róg.

    chodzę i skręcam,
                                  skręcam też siedząc.
    co skręcam?
                         lolka.
                                    gdzie skręcam?
                                                              w lewo!


    • RSS