Z cienkich dowcipów, jakie pamiętam z przedinternetowego i przedsubkulturowego dzieciństwa przytoczę taki: Co to jest szczyt bezczelności? Nasrać komuś na wycieraczkę, zadzwonić i poprosić o papier.

We wszystkich płodach tych młodszych, czyli w wieku mniej więcej poniżej czterdziestki twórców kultury, jeżeli pojawia się postać prywatnego przedsiębiorcy, to tylko w jednej obowiązującej manierze. Ktoś kto trudni się prowadzeniem biznesu, nawet jeśli jest to mała jedno- czy kilkuosobowa firemka, nie może przyjąć innej postawy jak przysłowiowego „byznesmena w białych skarpetkach” ograniczonego umysłowo prymitywa, wyzutego ze wszelkich moralnych zasad. Takie postaci straszą ze stron książek Shutego, Odiji, Bieńkowskiego, Beśki, Witkowskiego. Ten ostatni, w zeszłorocznym wywiadzie dla „Dziennika” wręcz rozpływał się w swojej pogardzie dla ludzi biznesu.

Szczególnie ostrość i antropologiczną zawziętość owej postawy, można zaobserwować  u autorów zgromadzonych pod dobrze znanym szyldem „Krytyki Politycznej”. To już nie tylko pogarda i dystansowanie się, ale słowa jawnej wrogości.

Można więc sobie wyobrazić jak zszokował mnie mail, który otrzymałem kilka dni temu, z propozycją sponsoringu czasopisma, którego tytułu przez grzeczność nie wymienię, a wśród którego autorów znajduję tych samych lewaków którzy widnieją w stopce KP. Czyżby jakaś kolejna prowokacja?