Redakcja „Krytyki Politycznej” zaprzepaściła wczoraj szansę na honorowe zakończenie zabawnej polemiki wokół wierszy o kryzysie. Recepta była prosta. Jaszczurową akcję – wywieszenie mojego wiersza, należało zignorować. Totalnie olać. Cała sprawa zostałaby szybko zapomniana. Pozostałby po niej jedynie artykuł na niszowym literackim portalu, który – jak widać po komentarzach – nie wywołał szczególnego poruszenia – ot, kilka uśmiechów. A ci którzy ze mną nie sympatyzują odetchnęliby w słusznym przekonaniu, że nie można poważnie traktować człowieka zwanego Kaczką.

Niestety stało się inaczej, Piotr Marecki ze znaną nam dobrze lekkością szasta kpinami wobec innych. Pisze o bohaterach swoich felietonów groteskowe bzdury. Na wysokim C śpiewa o tym jak Shuty się skończył a Świetlicki zdrobnomieszczaniał. Bierze udział w grubymi nićmi szytych prowokacjach, jak choćby osttani „wieczór autorski” poety Shutego (relacja wideo tutaj), który był od początku wyreżyserowaną podpuchą i kpiną z publiczności.

Tylko kiedy ktoś nie po jego myśli zastosuje udaną prowokację artystyczną, pan Maro nagle dostaje furii. Z szermierza awangardowej kultury wyłazi mały filisterek. Czynownik trzęsący portkami przez „politbiurem” w Warszawie. Pojęcia takie jak żart, parodia, happening, znajdują się poza zasięgiem jego percepcji. Reakcją na mój wiersz – to akurat osobiście widziałem – była obraza, awantura, nerwowe telefony, żądanie natychmiastowego zdjęcia plakatu. Teraz słyszę o dalszym rozdmuchiwaniu afery – jakichś notach protestacyjnych z Warszawy, groźbach zwolnienia kogoś z pracy… klimaty jak z Bułhakowa.

Zaproponuj swoją wersję żółci.
Wpisz w komentarzach albo przyślij mi na priva.

Trudno, będziemy działać dalej. Nie chodzi tu o moją prywatę, ale wyjaśnienie skandalu – jakim cudem jakaś lewacka organizacja z Warszawy chce tak dalece ingerować w działalność krakowskiego Instytutu Sztuki i szacownego Klubu pod Jaszczurami.

Ponieważ w przeciwieństwie do Mareckiego, wiem co to żart i dystans, podczas wieczornego opijania akcji w „Lokatorze”, zwycięzca mojego konkursu Łukasz Podgórni vel michał narrow za udany happening otrzymał nagrodę dodatkową. Intonując pieśń Bandiera rossa wręczyłem mu eleganckie czerwone slipy. Tyle, że bez napisu ROMA, który – jak pamiętamy, arcybiskup Paetz kazał czytać swoim klerykom od tyłu.

Spełniając czyjąś prośbę postanowiłem jeszcze nie publikować filmiku z wydarzenia.