Wpisy z okresu: 1.2009

    tutaj…>
    źródło: forum.antyfani.pl
    jakby kto nie pamiętał, to w rewanżu za to…>

    Ktoś napisał o mnie, że cieszy się, że mam w ręku mysz komputera. A ja muszę przyznać, że spośród licznych myszy, które hodowałem, dokarmiałem, pieściłem i używałem, ta komputerowa jest najbardziej wredna. Otóż po kilku latach intensywnej pracy przed komputerem, nadwyrężyłem sobie jakieś ścięgna albo nerwy. Niechybnie na skutek używania myszy, a zwłaszcza pokręcania tym jej kółeczkiem. Objawy są okropne. W nocy, kiedy egoistycznie próbuję zasnąć w swoim pustym mieszkaniu, czuję uporczywy, prawdziwie egzystencjalny ból przeszywający i paraliżujący środek prawej dłoni. Ktoś mnie ostatnio zapytał jaka jest różnica między egzystencjalizmem a egoizmem. Myślę że głównie w tym, że zamiast myszy można ostatecznie użyć do kierowania kursorem innych eksternaliów, technika komputerowa wciąż się rozwija. Za to koszmarnie przeraża mnie fakt, że ze względu na konserwatyzm ludzkiego ciała, będę mógł się zaspokajać tylko lewą ręką.

    Witam serdecznie,

    Zauważyłem, że na waszej witrynie wciąż na bieżąco komentowany jest mój amatorski filmik – śledzicie liczbę obejrzeń, jego wypływanie na kolejnych satyrycznych portalach i spekulujecie, jak jeszcze uda mi się ośmieszyć miasto i region.

    Muszę w tym momencie jednak zareagować i dodać kilka wyjaśnień które być może należałyby się czytelnikom. Maciej Kaczka to pseudonim, którym sygnuję „niepoważną” część mojej działalności. Naprawdę nazywam się zupełnie inaczej i jestem właścicielem pewnej dobrze znanej w regionie firmy turystycznej, pionierem turystyki przyrodniczej. Znaczną część swego życia i pracy poświęciłem reklamowaniu walorów turystycznych Białostocczyzny tak w Polsce jak i za granicą. Stąd mogę sobię czasem pozwolić także i na żart.

    Ale również w tej mojej, mocno z przymrużeniem oka traktowanej działalności artystycznej jest i wiele innych pozytywnych akcentów – napisałem parę wierszy i „piosenek terenowych” inspirowanych pięknem Podlasia. Jedna z nich brzmi w tle tego filmu, do którego obejrzenia zapraszam, a i nie pogniewam się jak go przedstawicie czytelnikom witryny. Tu pokazuję swoją twarz:



    A tym co wytrzymają do samego końca filmiku – nie tylko twarz ;)

    Teledysk gotowy:

    znów mroźne nastały dni w tym zapowietrzonym mieście
    i choć sarmacki imidż tak się w świadomość wrył
    żółcią nie plujcie bracia i pogardą nie grzeszcie
    tylko doceńcie rzecz którą sljedź wam wytoczył z żył:

    gorące logo, gorące logo
    jakże nie kochać go
    nad Dojlidami jak nad Ładogą
    zwiastuje nam ciepły rok
    przytuli złych, napalonych napoi
    oziębłym zrobi hot spot
    a każdy kołtun co się go boi
    jak Jelcyn – w odstawku pajdiot

    gdzieś w dziurce od klucza  mruga pomarańczowe oczko
    pragnie miłością zatrzeć piętno przywar i wad
    ludzie wybaczą wszelkim mendom, żulom i zboczkom
    a znienawidzą tego co je bezczelnie skradł

    gorące logo…
    _____________________________

    Reakcje i komentarze:  Poranny  Wspolczesna  Wyborcza  wbialymstoku.pl  homiki.pl  smog.pl

    Mój szczegółowy komentarz do tej sytuacji napiszę za kilka dni.
     

    Stay tuned – jutro (poniedziałek, 19.01.) pojawi się w sieci i na tym blogu nowy „teledysk błyskawicznego reagowania”, czyli piosenka o gorącym białostockim logo… będzie śmiechu co niemiara, takoż pogróżek i faków ;)

    Wyjechaliście do mnie z pretensjami wczoraj towarzyszu, głośno przy świadkach w barze „Klubu pod Jaszczurami”. Napadnięty znienacka nie za bardzo wiedziałem o co chodzi. Teraz sprawdziłem – no tak, pretensje dotyczyły tego, że onegdaj odmówiłem dofinansowania jakiegoś czasopisma publikującego lewackie treści, z artykułami czcigodnego towarzysza włącznie. Czytelnikom bloga przybliżyłem sytuację miesiąc temu w tej notce.

    Gdyby jakiś urzędnik księdza Rydzyka w roztargnieniu wysłał pismo o sponsoring do – dajmy na to spółki Jerzego Urbana, a następnie otrzymał stosowną do sytuacji „dowcipną” odpowiedź, to całą tę niefortunność zakonnicy z pewnością staraliby się zamieść pod dywan. Ale komisarz zakonu kataryniarza S.S. nie. Tu panuje swoiście pojmowany „język miłości”. Najpierw zamknąć komuś gębę, pozbawić praw publicznych (na razie tylko na swoim podwórku czyli witrynie KP, później kto wie, historia tyranii XX wieku matką nauk) a potem sięgnąć do kieszeni. To jest oczywiście bardzo lewicowe. Bardzo lewicowe jest „najlepiej nigdzie nie pracować” i kilkanaście innych bzdetów jakie naopowiadała obwożona po Polsce najnowsza papuga na katarynce – Jaś Kapela.

    To nie jest książka dla kapitalistów!!! – podniesionym głosem wykrzyczał do mnie wasz podopieczny ponownie dziś – w Bunkrze Sztuki, gdzie wybrałem się z niewinnym zamiarem jej zakupu. Dobrze, że takie odzywki padają publicznie. Niech nikt już nie ma wątpliwości, że środowisko Krytyki Politycznej to ekipka mentalnych płaszczaków, dla których znienawidzonym i godnym eliminacji (na razie z życia kulturalnego ale potem się zobaczy) „kapitalistą” jest każdy, kto nie oglądając się na łaskę Państwa prowadzi samodzielną działalność gospodarczą. Aktualnie jakieś 1.6 miliona ludzi w Polsce.

    Po dokładniejszym riserczu wyjaśnił się fenomen międzynarodowej popularności filmiku z ś.p. imprezy Blich Art (patrz dwie notki niżej). Latynoscy czy mongolscy internauci nie byli jednak fanami młodych polskich poetów, tylko aktorki Riki Blich, grającej główną rolę w izraelskim klonie telenoweli „Brzydula”. Zapewne Jarka Klejnberga walącego w patelnię uznali za jej kolejne wcielenie.

    A może rzeczywiście to jakaś rodzina? 

    Po długiej przerwie mam dla Państwa kolejny odcinek kontrkulturowego magazynu informacyjnego „mRRRukot”. Jest to relacja z wydarzeń, które miały miejsce 17 grudnia 2008, a które wyczerpująco zostały już opisane w artykule i wcześniejszej notce.


    Dodam tylko, że po wielu perypetiach plakat z moim wierszem powrócił na honorowe miejsce w Klubie pod Jaszczurami. Dlatego w tle filmiku śpiewam parafrazę znanej piosenki Ireny Santor. 

    gdy stanie ci na drodze żółty wilk
    wyspany jak pan Brecht na plażach wyspy Sylt
    zdejm rękawiczkę byś mógł giętk-
    o wcisnąć play dźwięk tłuczonych szczęk

    zdradzony basior skuma że tę kość
    żebro Naomi Klein rzucono mu na złość
    jęzor się łuszczy, piany brak
    kukułka łka, ślepy ptak się drze:

    powrócisz tu gdzie nadwiślański brzeg….

    gdy stanie ci na drodze chojrak miś
    co z wosku raz ulepił słowo mistrz

    Portal Youtube wzbogacił się ostatnio o szczegółowe narzędzia statystyczne. Można np. sprawdzić w jakich krajach świata oglądane są filmiki. Większość „produkcji” na moim kanale ma oczywiście swoją widownię wyłącznie w Polsce, plus parę kliknięć z Niemiec UK czasem USA jak np. w przypadku parodystyczno-rubikowej „Qantaty”

    Szokująco odstaje od tej normy skromny dokumencik jakim jest reportaż z imprezy Blich Art z czerwca 2007. Nic takiego, ot walący w patelnię Jarek Klejnberg, jedna młoda poetka i dwóch poetów – na większości filmu skutkiem kiepskiego oświetlenia (klasyka, świeczki ;)  mało co widać.  

    Cholera co jest grane? Słowo Blich (Krakowska ulica, gdzie dawniej nad płynącym tu Prądnikiem bielono, czyli blichowano płótno) nie ma jakichś szczególnych znaczeń w innych językach co tłumaczyło by np. masowe przypadkowe kliknięcia. Tym bardziej z tak odmiennych kulturowo i językowo krajów jak Meksyk, Mongolia czy Indonezja. Więc u licha kto z występujących tam twórców ma tak rozstrzelony po świecie fanklub?

    Kupiłem i przeczytałem ostatnią książkę Adama Pluszki „Flauta”. Uśmiechała się do mnie z wystawy lokatorowej księgarenki.

    Kupiłem m.in. przez sentyment do starego, ciasnego Lokatora (przy Krakowskiej 10 róg Meiselsa), gdzie przed laty autor był jak wiadomo stałym lokatorem, kompanem niejednej popijawy a teraz, od dobrego roku zaszył się w Warszawie i nikt nie wie co się z nim dzieje. Z autorem dzielę podobny fragment życiorysu, tzn. malowanie domów w Norwegii. Tyle że ja za komuny,  wtedy inaczej się podróżowało – autostop panie, z Ystad do Oslo średnio 10 podwózek i nocleg w przyszosowym kiblu. Za to  przeliczniki były wtedy że ho ho. Z autorem niestety (a może i stety) nie dzielę aż tak bujnego życia erotycznego. Przynajmniej jeśli wierzyć licznym lokatorowym plotkom, które głosiły także i to, że autor jako mężczyzna hojnie przez naturę jest wyposażony.

    O naturze jeszcze będzie ale najpierw o polityce. Książkę, choć niewielka czytało mi się długo, bo po niektórych rozwlekłościach gwałtownie zasypiałem.  W połowie lektury byłem pewien, że nadam tej notce tytuł „Autorze! oddaj moje 29,50 PLN”. Znalazłem w sieci wywiad dla katowickiej Gazety w którym Pluszka prawi farmazony że kapitalizm winien jest tego, że ludzie rezygnują z bliskości i okazywania sobie uczuć. Należałoby wyprawić autora wehikułem czasu 30 lat wcześniej, żeby zamiast saksów w Norwegii poobijał się na obozach OHP i popijając patyka z gwinta rozskoszował się widokiem łuny, jaką nad PRL-em wzniecały co wieczór okazywane sobie powszechnie gorące uczucia. Ale przeczytawszy książkę do końca odpuszczam autorowi. Podziwiam go za to, że dwóch polskich pracodwaców bohatera książki nie przedstawił w „jedynie obowiązującym” w młodej prozie stylu prymitywa-krwiopijcy.

    Miało być o naturze. Niektórzy może pamiętają, jak to zżymałem się na fakt, że nowi polscy autorzy w ogóle nie zauważają otaczającego ich piękna przyrody. Jakby co to odsyłam do archiwalnej notki. Otóż trzeba przyznać, że Pluszka tak zupełnie ślepy nie jest. Tylko niestety… co? Choćby taki fragment ze strony 114:

    Jak na drugą połowę czerwca było niezwykle ciepło, duszno i parno. Żółty kurz unosił się nad poboczem i za nic nie chciał opaść, kołując jak białe zarodniki topoli.

    Hmmm, podejrzane… cóż mogę życzyć na koniec autorowi? Żeby poklepał się po cewkach Malpighiego, a szczękoczułkiem popieścił jamę chłonąco-trawiącą swojej partnerki.

    ______
    P.S. Z powodu choroby ;((( ostatnio dużo czytam. Już wkrótce na tym blogu druzgocąca stereotypy recenzja bestsellerowego arcydzieła M. Kalicińskiej „Dom nsd rozlewiskiem”.


    • RSS