Kupiłem i przeczytałem ostatnią książkę Adama Pluszki „Flauta”. Uśmiechała się do mnie z wystawy lokatorowej księgarenki.

Kupiłem m.in. przez sentyment do starego, ciasnego Lokatora (przy Krakowskiej 10 róg Meiselsa), gdzie przed laty autor był jak wiadomo stałym lokatorem, kompanem niejednej popijawy a teraz, od dobrego roku zaszył się w Warszawie i nikt nie wie co się z nim dzieje. Z autorem dzielę podobny fragment życiorysu, tzn. malowanie domów w Norwegii. Tyle że ja za komuny,  wtedy inaczej się podróżowało – autostop panie, z Ystad do Oslo średnio 10 podwózek i nocleg w przyszosowym kiblu. Za to  przeliczniki były wtedy że ho ho. Z autorem niestety (a może i stety) nie dzielę aż tak bujnego życia erotycznego. Przynajmniej jeśli wierzyć licznym lokatorowym plotkom, które głosiły także i to, że autor jako mężczyzna hojnie przez naturę jest wyposażony.

O naturze jeszcze będzie ale najpierw o polityce. Książkę, choć niewielka czytało mi się długo, bo po niektórych rozwlekłościach gwałtownie zasypiałem.  W połowie lektury byłem pewien, że nadam tej notce tytuł „Autorze! oddaj moje 29,50 PLN”. Znalazłem w sieci wywiad dla katowickiej Gazety w którym Pluszka prawi farmazony że kapitalizm winien jest tego, że ludzie rezygnują z bliskości i okazywania sobie uczuć. Należałoby wyprawić autora wehikułem czasu 30 lat wcześniej, żeby zamiast saksów w Norwegii poobijał się na obozach OHP i popijając patyka z gwinta rozskoszował się widokiem łuny, jaką nad PRL-em wzniecały co wieczór okazywane sobie powszechnie gorące uczucia. Ale przeczytawszy książkę do końca odpuszczam autorowi. Podziwiam go za to, że dwóch polskich pracodwaców bohatera książki nie przedstawił w „jedynie obowiązującym” w młodej prozie stylu prymitywa-krwiopijcy.

Miało być o naturze. Niektórzy może pamiętają, jak to zżymałem się na fakt, że nowi polscy autorzy w ogóle nie zauważają otaczającego ich piękna przyrody. Jakby co to odsyłam do archiwalnej notki. Otóż trzeba przyznać, że Pluszka tak zupełnie ślepy nie jest. Tylko niestety… co? Choćby taki fragment ze strony 114:

Jak na drugą połowę czerwca było niezwykle ciepło, duszno i parno. Żółty kurz unosił się nad poboczem i za nic nie chciał opaść, kołując jak białe zarodniki topoli.

Hmmm, podejrzane… cóż mogę życzyć na koniec autorowi? Żeby poklepał się po cewkach Malpighiego, a szczękoczułkiem popieścił jamę chłonąco-trawiącą swojej partnerki.

______
P.S. Z powodu choroby ;((( ostatnio dużo czytam. Już wkrótce na tym blogu druzgocąca stereotypy recenzja bestsellerowego arcydzieła M. Kalicińskiej „Dom nsd rozlewiskiem”.