Wpisy z okresu: 4.2009

    …lepiej późno niż wcale. Po jakichś 25 latach chodzenia na ptaki mam pierwszy własny komisyjny gatunek:
    Szczudłak
    I to gdzie??? Na Bagnach Średzkich!

    Z przykrością informuję szanownych kumpli, i całe tzw. krakowskie środowisko, że – choć to oczywiście jak najbardziej dla mnie, na pierwszym krakowskim queer’owym slamie mnie nie będzie. Na cały weekend wybieram się do Stolicy z pewną bardzo poważną biznesowo-polonistyczną misją i wizją. Przez trzy dni będzie można mnie (i Tomka Pułkę) podziwiać na Targach Lato, stoisko B8. Na piątkowy i sobotni wieczór nie mam jeszcze nic zaplanowane. Więc gdyby ktoś z Warszawy chciał mnie na jakąś imprezę zaprosić, a przy okazji dotknąć żywej legendy, ogrzać się w jej blasku itp. to proszę pisać maila (odbieram do 18) lub SMS-a na 604 446233.

    Ja kiedyś kupowałem żonie książki, które sam chciałem przeczytać, no i skończyło się rozwodem…

    stąd

    Dzisiaj byłem na moim ulubionym Ponidziu. Zakurzonym wiosennie i podwójnie. Podwójnie bo raz że od kurzu a dwa że od kur, co raz częściej zrestą ozdobnych niż niosek. W parku w Chrobrzy zobaczyłem kopulacje zięb. Nie spodziewałem się, że zrobi to na mnie takie wrażenie. Widziałem wiele kopulacji ptaków i ogólnie wygląda to dość śmiesznie i koślawo. Czasem wręcz burzy kryształowy wizerunek ptaka jako estetycznego absolutu. Im smuklejszy ptak, znaczy dziób i członki dłuższe, tym bardziej niezgrabnie to robi. Ale zięby zrobiły to przeharmonijnie, podczas aktu samiczka z gracją odginała głowę do tyłu. Bardzo mocno, nigdy nie widziałem żeby jakiś wróblak tak mocno odginał, co innego bocian.

    W Młodzawach niesamowita jak dla mnie obserwacja podróżniczka. Podróżniczek to w ogóle dość ambitna nazwa, nie jakiś tam oklepany Bluethroat czy Blaukehlchen. Zwykłe pokazuje się przez chwilę na wierzbowej gałązce, poświerka, pokwili i spierdala w turzyce albo w łozy. A tym razem siedział wytrwale na drucie. Albo na kablu, co tam wam się bardziej harmonijnie skojarzy.

    Z ciekawością sięgnąłem dziś po zapowiadany od dawna długi wywiad Jacka Podsiadły, który otwiera wielkanocny dodatek Wyborczej. Wcześniej udzielił też wywiadu „Wysokim Obcasom”. To bardzo sympatyczne, że duży dziennik poświęcił tyle miejsca na odświeżenie nieco dziś zapomnianej, a jakże ciekawej postaci.

    Czego się jednak z owego wywiadu dowiadujemy? Głównie tego, że cały świat sprzysiągł się przeciwko panu Jac Po, a to marny polityk który intelektualnie mu do pięt nie dorasta zatrzymał audycję w radiu, a to zły redaktor Tygodnika Powszechnego ocenzurował teksty felietonów przez co ich autor sam zdecydował się odejść. Dzięki temu, bezrobotny może leżeć do góry brzuchem i przypominać sobie imperatywy moralne.

    Przypomnijmy więc sobie jakim epizodem zakończyła się współpraca z Tygodnikiem? Podsiadło obrzucił inwektywami jakąś doktorantkę polonistyki, ze Szczecina bodajże, która odważyła się wytknąć mu szereg błędów rzeczowych w tekstach dotyczących Thoreau. Przez kilka numerów trwała wymiana coraz to zaciekliwszych i bardziej żenujących listów, aż w końcu Redakcja oznajmiła, że odpuszcza i że dalszych polemik nie będzie.   

    Później był epizod współpracy z Lampą i publikacja „abecadła” w którym dalejże dosrywać kolejnym bliźnim. Ale w następnym numerze ukazał się wywiad z Kazią Szczuką, w którym padły pamiętne słowa:  

    Największą zjebkę zrobił mi Jacek Podsiadło w „Tygodniku Powszechnym”. Napisał o mnie felieton, w którym wyjaśniał, że chce mu się rzygać na mój widok, ze moje występy w telewizji to była pomyłka za każdym razem. Pani Kazimiero może przecież pani pisać, niech się pani lepiej nie pokazuje. Podsiadło to stary freak, któremu myszy obgryzły i obsikały zbutwiałe dredy i chyba w końcu je musiał obciąć. Pewnie mu było przyjemnie walić system moim kosztem w katolickiej kulturalnej gazecie, ale moim zdaniem jest raczej zaropiały.

    Na co nasz taki niby dowcipny i zdystansowany do świata Jacuś zrobił karczemną awanturę swojemu wieloletniemu wydawcy i nie szczędząc obelżywych słów zerwał współpracę. Na mnie też parę okruchów z tego tortu zajadłej bufonady padło, akurat wtedy wydawałem swoją książeczkę i byłem zmuszony do wykonania jakiegoś upokarzającego telefonu.

    Czasy się widać zmieniają – nie wiem na ile wywiad był autoryzowany, ale jego bohater kreuje się w nim na żałosnego freaka i nieudacznika ze sporą częstotliwością przez trzy kolumny. Nie szczędzi przy tym uczonych rad co wypada mężczyźnie, a czego nie. Dodam jeszcze jedną, niezbyt wyrafinowaną: jak wywijasz poluzowanym młotkiem, możesz sobie krzywdę zrobić.

    Niewątpliwie niejedna czytelniczka wywiadu wzruszy się, łezkę metaforyczną, a może i fizyczną uroni. Ci którzy pamiętają różne – nie tylko wyżej opisane, Jacusia wybryki, jego arogancję wobec osób niegdyś życzliwych i materialnie wspierających, zachowania na wieczorach autorskich, pokiwają z politowaniem głowami. Chcemy czy nie, polityka też jest męskim zajęciem a jej generalne zasady nie zmieniły się od czasów egipskich. A wiek 45 lat wcale nie za późny na naukę.

    Póki co, owe pięty do których nikt nie dorasta, możemy obejrzeć sobie w najnowszym żenującym spektaklu zaropiałego i butnego (sic!) 1:30 – 7:15

    Ktoś mnie niedawno zaczepił z pretensjami, że wynoszę na tego bloga jakieś stare środowiskowe anegdotki. No to będzie jeszcze jedna. Otóż niejaki Białas. Krążyła o nim legenda, że co jakiś czas przyjeżdżał z rodzinnego Śląska na dwutygodniowe balangi do Krakowa. Oczywiście w tym nie ma jeszcze nic legendarnego. Legendarne jest to, że nie płacił za nie ani złotówki. Po prostu miał wcześniej obstalowany szczegółowy grafik wszelkich wernisaży, promocji, jubileuszy, wieczorów autorskich i tym podobnych rautów z darmowym wyszynkiem. Zjawiał się, zawsze w eleganckiej marynarce, jadł, pił, podrywał jakąś pannę i lądował u niej na nocleg. Niektóre nawet fotografował całkiem nago. Widziałem raz taką fotkę (bez głowy), używał jej jako zakładki do notatnika.

    Teraz i ja skorzystałem z lunchu za darmo, na który trafiłem przypadkiem, przechodząc ulicą Św. Tomasza. Niedawno skarżyłem się, że zamknęli mój ulubiony sklepik papierniczy na rogu, urządzając w tym lokalu dziewięćset pięćdziesiątą pierwszą knajpę. Tym razem w lokalu po dawnym biurze rezerwacji lotniczych (faktycznie, dinozaur w dobie internetu) powstała – ciężko w to uwierzyć – nie knajpa tylkko… księgarnia. Taka niezwykła, z albumami. House of Albums się nazywa, żeby brzmiało bardziej zwykle. Dziwna inwestycja. Czy wystarczy snobów?

    Z wczorajszej wycieczki…

    Ten wreszcie wygląda na więcej niż ma. Gdyby nie wzrost, nawet groźnie!

    (focia stąd)

    A ten?

    Wyobraźcie sobie, że ktoś napisał powieść (nie buffo, tylko serio) osadzoną w realiach II Wojny Światowej, w której Hitler wysyła na front bataliony latających talerzy a Dunkierka leży 10 kilometrów od Murmańska.

    Takie 240-stronnicowe dziełko (jego premiera jutro, 3. kwietnia) w którym wojenne atrybuty zastępuje topografia zjawisk określanych w mediach rozmytym terminem „ekologia” popełnił właśnie Michał Olszewski. Autor łzawych felietonów, z niespełnioną jak dotąd ambicją napisania Bardzo Głośnej Książki. „Nie przejmuj się, Kaczka też nie dostał…” – jak głosi anegdota, tymi słowy pocieszali zmartwionego Michała redakcyjni koledzy po ogłoszeniu nominacji do nagrody Nike za rok 2005. A napisał wszakże rzecz, przy której Niemcy z Zachodu mieli płakać z zazdrości.

    Skoro wtedy się nie udało, zdesperowany autor rzutem na taśmę postanowił chwycić się ostatniego nie wyeksploatowanego medialnego tematu, i po pierwszej powieści dresiarskiej, narkomańskiej, pedalskiej, aborcyjnej, emo, itp. itd. napisać tę pierwszą „ekologiczną”. Ba, nawet zabezpieczył się zawczasu na wypadek i jej klapy, podbijając własne ego przedstawieniem siebie pod postacią dziennikarza Nosa, który z pijakami jak pijak, z profesorami jak pracownik naukowy, któremu przekleństwa wchodzą w intelektualne frazy, który wreszcie architekturę opisuje ornitologią a ornitologię polityką. A dalej, snuciem snów o potędze, jak to wykreowany przez niego bohater znalazł się w centrum uwagi,(…) posypały się zaproszenia i z dnia na dzień zaczęła łomotać kolbami mikrofonów telewizja.   

    Akcja książki dzieje się w starannie, z trafnymi szczegółami opisanym Krakowie, niepotrzebnie i bez sensu przedstawianym jako „Miasto K.” Autor kryguje się w wywiadzie, że to miał być taki uniwersalizm, że rzecz się dzieje w… (tu słodka rozmarzona mina na myśl o przekładach, spotkaniach autorskich i następnie libacjach wzdłuż i wszerz kontynentu) …dowolnym  mieście Europy, ze wskazaniem na kraje rozwijające się w Europie Środkowej. Nie, drogi autorze, pory roku w Bratysławie albo Györ wyglądają inaczej. Że nie wspomnę, że próżno byłoby tam wiosną nasłuchiwać żurawi które powracały do gniazd ukrytych w olsach. W sercu Europy środkowej, na południe od Karpat, ten ptak się póki co nie gnieździ. No i oczywiście żurawie do żadnych „gniazd nie wracają”, niczym bociany, tylko co roku budują nowe.   

    Sięgnąłem z ciekawością i sympatią po tę książkę, zachęcony recenzją Ryszarda Kozika, (opublikowaną miesiąc przed premierą książki – skrajny przykład „przedwczesnego wytrysku krytycznego”) z której dowiedziałem się, że autor jest miłośnikiem ptaków. Czyżby wreszcie pierwszy polski pisarz, który nie uważa jak Jacek Dehnel że  jeśli kamień, to ociosany, jeśli zwierzę, to raczej smażone albo jak Jerzy Pilch, że góry lasy i inne gówna? Być może. Z lektury wynika jednak, że autor co prawda nauczył się wprowadzać do książki jakąś akcję, ale sprawy ekologii, stosunku człowieka do przyrody – rzekomo w niej najistotniejsze, traktuje w sposób dyletancki, naiwny i w tonie najprymitywniejszej, topornej, czarno-białej propagandy. Zgodnie z filozofią jej bohaterów, wszystko co nowoczesne, kapitalistyczne i współczesne musi szkodzić przyrodzie, uosabianej najchętniej pod postacią „biednych ptaszków”. Przy czym do jednego wora z masową motoryzacją wrzucana jest nie wiedzieć czemu np. fotografia cyfrowa, której rozpowszechnienie uwolniło świat od tysięcy ton chemikaliów zużywanych w fotolabach.  

    Mocno na wyrost jest nazywanie kogoś „miłośnikiem ptaków”, znawcą przyrody itp. kto potrafi wypełnić pół książki szczegółowymi opisami miasta, wnętrz pokoi, potraw na bankiecie, kto widzi uzasadnienie do cytowania w nieskończoność treści szyldów: zszywacze pneumatyczne, wózki dziecięce, stojaki i kubki reklamowe… A ani słowa o jakimkolwiek żywym elemencie. Mieszkam na dość przeciętnym krakowskim osiedlu Dąbie. Codziennie widzę i słyszę bogatki, modraszki, strzyżyki, pełzacze, piegżę, cierniówkę, dwa gatunki drozdów, grzywacze, muchołówkę żałobną, czasem dzięciołka, w nocy biegają jeże i kuny kamionki, nieopodal w prądniku są bobry – plaga działkowiczów, nad Wisłą oprócz masowych krzyżówek, łabędzi i kilku gatunków mew – także czernice, głowienki i kormorany. Latem odezwie się przepiórka, zimą hałasują jemiołuszki i stada raniuszków. Kolory i zapachy sezonowej flory,  kwitnienia migdałowców, forsycji, berberysów, żywopłotowych ligustrów – to są wszystko wrażenia które mimowolnie wypełniają świadomość każdego konesera natury, budzą refleksje, inspiracje. U Olszewskiego owszem, czasem w lesie albo na dalekich przedmieściach trafi się jakiś grubodziób, czy nieoznaczona do gatunku „sikorka” albo mysz, ale cały obszar miasta, nie licząc jednego zdegenerowanego kosa,  przedstawiony jest jak jakaś chora pustynia, którą poszerzają straszni chciwi mieszkańcy tym, że… budują sobie domki i urządzenia rekreacyjne.

    Kto czytał felietony Michała wie już, że jak szaro, zimno i cienka herbatka w bufecie na stacji pod Oświęcimiem to źle, bo w Barcelonie ciepło i kolorowo. Ale w Polsce jak kolorowy siding to też źle. W książkowym Krakowie ciągle jest źle, bo jak lato ta nieznośne upały, duchota i pył. Jak jesień to tylko wszelkie odcienie szarości. To jeszcze bym przełknął. Ale kiedy przeczytałem że kwiecień, miesiąc gdy wszystko się zieleni i przepojone jest największym hałasem ptasiego drobiazgu to najtrudniejszy okres przez jaki przechodzi miasto (bo są kałuże), szczęka mi opadła. I zachodzę w głowę – po jaką cholerę, ktoś, kto jest ewidentnie ślepy i głuchy na wszelkie elementy przyrody, próbuje snobować się na jej rzecznika. Dla jakiegoś oryginalnego szpanu? Sukcesu literackiego? Nie dajmy się zwieść.    

    Kiedy inny Michał – Witkowski,  w swoją ostatnią powieść „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” wplótł szereg lapsusów z dziedziny ekonomii (a przy okazji i śląskiego folkloru), wyśmiałem go na kilku forach, ale mimo namów, szkoda mi było czasu na napisanie o tym jakiejś szczegółowszej analizy. Tym razem, jako człowiek od ponad 20 lat związany z ornitologią nie mogę odpuścić, i nie daruję jeśli jakikolwiek recenzent ( w domyśle – jeszcze większy ignorant) zechce publicznie się zachwycać tym aspektem książki Olszewskiego.

    Autor tu i ówdzie przejawia skłonność do porównań typu: Wróble i jaskółki potrafią wspólnie odgonić myszołowa od gniazda. Nie Michale, myszołów, jak nazwa zresztą wskazuje, nie ma upodobania do ptaków, poluje na gryzonie. Drobne ptaki są w diecie krogulca, tylko ten nie uprawia drapieżnictwa gniazdowego, chwyta je w otwartym terenie. Do gniazd dobierają się głównie drapieżne ssaki. W przypadku ptaków synantropijnych – domowe koty.

    Ale to szczegół. Jednym z dramatycznie bzdurnych fragmentów książki jest wycieczka ornitologiczna w głąb beskidzkich lasów, zakończona obserwacją puchacza, coraz rzadszego zawodnika, niezwykle płochliwego który rzekomo ma się wynieść z powodu budowy w okolicy nowego hotelu bo coraz więcej turystów się kręci. Panie Olszewski, puchacz nie jest nigdzie „coraz rzadszy”. Wprost przeciwnie, w niektórych regionach, np. na Śląsku zwiększa swą liczebność. Podobnie też jak większość sów – żaden to szczególny antropofob. W gęściej zaludnionych i nowocześniej zabudowanych regionach południowych Niemiec i Czech  jest pospolitszy  niż w Polsce, gnieździ się nawet w obrębie dużych miast, a nawet na budynkach fabryk i w pracujących kamieniołomach! O turystach będzie jeszcze.

    Ekologiczno-społeczna pseudokonstrukcja Olszewskiego staje na głowie i boleśnie kwiczy pod koniec książki, kiedy pod ten starannie z okolicami opisany Kraków, autor postanowił przytaszczyć coś w rodzaju doliny Rospudy, wraz ze stosowną fauną (owe żurawie). Dolinę ma przeciąć nowa północna obwodnica miasta, rozpędzając ptaki. Kolejna bzdura, bo żuraw jest gatunkiem który ostatnimi laty podwoił swoją liczebność, w Wielkopolsce gnieździ się nawet na spłachetkach mokradeł wciśniętych pomiędzy szosy i zabudowania, a kto wie, czy lada dzień nie pojawi się w parkach miejskich, jak w zachodniej Europie dzikie gęsi, czaple siwe i kokoszki wodne. I jeśli coś szkodzi jego gniazdom, to nie buldożery tylko głównie dziki.

    Budowę drogi chcą zablokować ekolodzy, wobec których niezwykle agresywnie zachowuje się miejscowa ludność. Kolejna niedorzeczność – bogaci mieszkańcy suburbii, jeśli już – stanęliby murem po stronie obrońców przyrody, nie chcąc kolejnego wtrętu cywilizacji. Przecież do licha ciężkiego – dokładnie z taką à rebours sytuacją mamy dziś do czynienia…  na północ od Krakowa, na łąkach tonieckich, gdzie mieszkańcy, właściciele działek – wraz z ekologami walczą przeciwko firmie chcącej zabudować chaszcze w dolinie rzeczki Sudół.

    Aby sprostać wymogom dramaturgii, średniowieczni bajarze stosowali w swoich sagach zjawy nadprzyrodzone, sztuki magiczne i napoje miłosne. Michał Olszewski zaimplantował pod Kraków całe miasteczko z jakiegoś mitycznego ciemnogrodu, pełne dzikiego luda, manifestującego spracowane, powykrzywiane irytacją twarze i zwinięte w kułak pięści, z księdzem bijącym w dzwony na trwogę na widok diabła w koralikach i z dredami. Potem jacyś zamaskowani sprzymierzeńcy krzyczących dzikusów urządzają ekologom drastyczną, krwawą jatkę. Rzecz, która nigdy w naszych szerokościach geograficznych, w dzisiejszych czasach miejsca nie miała i mieć nie mogła. Autor być może naczytał się wznowionych przez Krytykę Polityczną dzieł Lenina i jego teorii o zaostrzającej się walce klas. Banalnego zakończenia zdradzać nie będę.

    Strojenie się w piórka obrońcy dzikich zwierząt przez złą cywilizacją, bez rzetelnej i bardzo aktualnej wiedzy na ten temat, grozi groteską i paleniem głupa. Większość ikonicznych gatunków, które przez dziesięciolecia uchodziły za rzadkie i zagrożone, symbolizowały potrzebę ochrony rodzimej przyrody, że wymienię pierwsze z brzegu: bóbr, kormoran, gęś gęgawa, łabędź niemy, bielik, żuraw, bocian czarny… ma się świetnie, w ostatnim 20-leciu zwiększyło liczebność. Niektóre wręcz lokalnie stały się plagą. Znikają z naszego kraju jedynie podgorzałka, kulon, kraska, dzierzba rudogłowa – gatunki na dalekim skraju zasięgu (są liczne u południowych sąsiadów), co ma podłoże w słabo poznanych mechanizmach populacyjnych a nijak nie da się wytłumaczyć działalnością człowieka. O wiele dłuższa jest litania tych gatunków, które naszą faunę wzbogaciły, bądź zasiedliły nowe obszary – pierwsze z brzegu: dzięcioł białoszyi, pliszka cytrynowa, czapla biała, mewa czarnogłowa…

    Ochroniarzy martwi zupełnie co innego – regres uznawanych za pospolite mieszkańców krajobrazu kulturowego, jak np. zając, kuropatwa, potrzeszcz, sczczygieł….  populacji tego ostatniego ptaszka, który chętnie gnieździ się w ozdobnych iglakach, paradoksalnie może sprzyjać rozbudowa dzielnic willowych wokół miast. Wyważone działania ekologów to porady jak urządzać ogrody, sadzić aleje, budować oczka wodne dla płazów, pojniki dla ptaków, tworzyć korytarze ekologiczne itp. aby znalazło w nich miejsce jak najwięcej gatunków, a nie jak podpalać sprzęt budowlany. Rozwój techniczny i chęć wygodnego życia nie wyklucza poszanowania natury, jak przedstawił to w książce Olszewski. Nabuzowani adrenaliną ekstremiści z petardami to dość skrajny i mało reprezentatywny odłam społeczności, tworzącej na świecie setki organizacji z milionami członków i wolontariuszy, mozolnie wprowadzających w życiu i gospodarce uczciwe kompromisy – to Olszewskiego nie interesuje. Bo pewnie zbyt nudne i nie wróżące literackich laurów.

    Niedawno zakończył się definitywnie głośny spór o Rospudę, jak donosi prasa – międzynarodowa droga zostanie poprowadzona szerokim obejściem. Przy tej okazji trzeba powiedzieć sobie jasno: zbudowanie estakady w poprzek doliny byłoby estetycznym gwałtem na przyrodniczym dziedzictwie i symbolem polskiej głupoty. Ale faunie niespecjalnie by to zaszkodziło. Ba, nawet by ją urozmaiciło, bo w konstrukcji mostu zagnieździłyby się oknówki, pliszki siwe i co tam jeszcze. W prywatnych rozmowach  z kolegami ornitologami z mojego pokolenia pojawiało się coś w rodzaju ironicznej zadumy na tą powszechną histerią wokół wbicia kilku słupów w bagno. Teraz krzyk o to, że mucha obsrała pałacowy żyrandol. A jeszcze przez 20-30 laty systematycznie burzono całe pałace.

    Tym dotykam drugiego, jeszcze bardziej jaskrawego nadużycia jakim jest rzekoma przeciwstawność pojęć ochrona przyrody – kapitalizm. Ma to wyraz m.in. w próbie zawłaszczenia haseł ekologicznych  przez organizacje skrajnej lewicy. Szkoda, że młodych aktywistów wpinających sobie – fizycznie i wirtualnie – zielone wstążeczki, nikt nie doedukował: ten jeden most przez torfowisko to pryszcz wobec barbarzyństw, jakich dokonano w czasach „świetlanego utroju”. Tysiące zniszczonych hektarów, bezpowrotnie utracone takie perły jak Bagna Kramskie pod Koninem, Bagno Wizna, cudowna, filmowana przez Puchalskiego bagienna dolina Narwi pod Morusami i tzw. Liman Tykociński, Krowie Bagno na Lubelszczyźnie. Gdybym był wysokiej rangi decydentem powołałbym przyrodniczy IPN do upamiętnienia tych zbrodni i wytknął ich sprawców po nazwisku. W imię czego to się stało? Bezmyślnej, gierkowskiej, neofeudalnej gigantomanii. Nie chciwości i zysków, bo w późnym, 20-wiecznym kapitaliźmie takie wielkoobszarowe osuszania torfowisk, w rozległych, niezbyt gęsto zaludnionych regionach były już ekonomicznie bez sensu. Gdyby po 1945 roku żelazna kurtyna zapadła na Bugu a nie na Odrze, gdyby Anders na białym koniu przyjechał 10 czy 20 lat po wojnie  – cieszylibyśmy się do dziś tymi skarbami. A co najmniej już od lat 70-tych, podobnie jak w Europie Zachodniej, zaczęły by działać organizacje i fundacje wykupujące co cenniejsze tereny pod ochronę. Tak czy inaczej, bilans ostatnich 20 lat kapitalizmu zdecydowanie wypada na korzyść przyrody.   


    Michał Olszewski chciał być swoją książką nowatorski, ale popisał się jedynie jako epigon dziełek kultywujących tzw. „zgorzkniały wkurw” 30-latków, którzy  nie załapali się na pierwszą, najnośniejszą falę transformacji. Wcześniej spod tej samej sztancy wyszły: „Pokalanie” Czerwińskiego, „Wrzawa” Beśki, „Bessa~Lala” Giedrowicza. Ale co się mu przy tej okazji mimowolnie udało, to ukazanie, jak rzekoma obrona gatunków dzikich jest tylko pretekstem do uprawiania wojenek w obrębie gatunku Homo sapiens. Budowa hotelu bardziej kłuje w oczy i prowokuje do zadym niż budowa dużej chlewni, stokroć bardziej uciążliwej do środowiska, bo hotel to luksus i prostackie wyobrażenia o deszczu łatwych pieniędzy. Tymczasem fakt jest taki, że turyści wchodzący do lasu nie szkodzą żadnym „puchaczom”, wpływ penetracji ludzkiej – dopóki nie są celowo niszczone gniazda, na zachowanie ptaków w lesie jest zerowy. Przejście nawet tabuna ludzi przez las jest absolutnie niczym wobec stałej, potężnej presji naturalnych drapieżników. W pierwotnej puszczy poczciwy dzięcioł potrafi zmasakrować nawet 90% lęgów grubodzioba. Turyści naruszają jedynie rewiry tych osobników ludzkich, którzy do tej pory czuli się przez (kiepsko opłacane) stanowisko służbowe, badania naukowe, hobby czy powołanie, bardziej od innych  predystynowani do chodzenia po tym lesie. Kiedy przed paru laty Adam Wajrak dał wyraz swojemu oburzeniu, że tylu gości przyjechało do Białowieży na długi majowy weekend i zakłócają spokój, został na forach przyrodniczych zbesztany: „czy Agora Sp. z O.O. wykupiła Puszczę Białowieską na własność a Wajrak został jej administratorem?”  Od tego czasu sporo się zmieniło w podejściu do turystyki, nawet parki narodowe poluźniają regulaminy i likwidują różne bezsensowne przepisy, ale Olszewski  o tym nie wie. Woli trwać w swoim „wkurwie”.

    I ulega najprostszym schematom, z godną politowania zaciętością złorzeczy kostkom brukowym i dachówkom, nie wiedząc, że dzielnica willowa z ogrodami wykazuje większą bioróżnorodność od pozornie dzikiej monokultury leśnej a ptaki osiągają w mieście znacznie wyższe zagęszczenia lęgowe, nie wiedząc że 99% biotopów w naszym krajobrazie zostało stworzonych ręką człowieka. Że poważna część środków wydawanych są na czynną ochronę przyrody służy właśnie utrzymaniu sztuczności niektórych biotopów przez wypas, wykaszanie i odkrzaczanie, dzięki czemu mogą u nas gnieździć się tundrowe gatunki ptaków albo kwitnąć rośliny stepowe.  

    Wrogami dzikiej przyrody numer jeden nie są w Polsce architekt i budowlaniec tylko rolnik i leśnik. Raz w książce pojawia się na krótko opis mozaiki pól z miedzami i westchnienie, że może niedługo zniknąć. O gospodarce leśnej ani słowa. M-ski – guru ekologów, który podpalał stróżówki na budowie i przecinał liny wyciągów narciarskich ani razu nie porozmawiał z leśnikiem próbując go przekonać do pozostawiania martwych drzew. A to jest problem numer jeden dla szeregu rzadkich gatunków leśnych będących w regresie (jak np. dzięcioł białogrzbiety), nie budowa dróg i urządzeń technicznych. Tylko ciężko to sprzedać medialnie i poruszyć znudzonych obywateli.   

    Ryszard Kozik stwierdził, że „Low Tech” jest jak dotąd najlepszą książką Olszewskiego. Pomyślmy, przeczytałem dwie poprzednie i dziś zupełnie już nie pamiętam o czym były. Z tej chyba po latach coś będę w stanie sobie przypomnieć. Więc pewien postęp jest. Mając jeszcze w pamięci zabawną  politgramotę B. Wildsteina „Dolina nicości” z jej płaskimi jak papier śniadaniowy bohaterami oddaję Olszewskiemu honor za plastyczne przedstawienie postaci, zaskakujące zwroty Ratnicyna… ze swoim zmysłem do psychologicznych obserwacji może napisze kiedyś świetną rzecz np. o obrońcach klasycznego teatru przed awangardą. Albo o żeglowaniu arką szacownego, ambitnego Tygodnika po odmętach drapieżnego i kapryśnego oceanu mediów. I zdobędzie w końcu upragnione bonusy, może nawet nominację do dwudziestki Nike.  

    A ta lektura niby dla kogo? Wątpię, żeby z sympatią przeczytał ją jakiś szczery ptakolub, interpretując opisy swoich pobratymców jako charakterystyki na wpół skretyniałych indywiduów. W świadomości przeciętnego czytelnika może jedynie utrwalić szkodliwy i pokutujący wizerunek „złego ekooszołoma”. Ale może wywoła choćby zaczątek dyskusji nad miejscem przyrody we współczesnej, rodzimej kulturze? Zapraszam.


    • RSS