Ktoś mnie niedawno zaczepił z pretensjami, że wynoszę na tego bloga jakieś stare środowiskowe anegdotki. No to będzie jeszcze jedna. Otóż niejaki Białas. Krążyła o nim legenda, że co jakiś czas przyjeżdżał z rodzinnego Śląska na dwutygodniowe balangi do Krakowa. Oczywiście w tym nie ma jeszcze nic legendarnego. Legendarne jest to, że nie płacił za nie ani złotówki. Po prostu miał wcześniej obstalowany szczegółowy grafik wszelkich wernisaży, promocji, jubileuszy, wieczorów autorskich i tym podobnych rautów z darmowym wyszynkiem. Zjawiał się, zawsze w eleganckiej marynarce, jadł, pił, podrywał jakąś pannę i lądował u niej na nocleg. Niektóre nawet fotografował całkiem nago. Widziałem raz taką fotkę (bez głowy), używał jej jako zakładki do notatnika.

Teraz i ja skorzystałem z lunchu za darmo, na który trafiłem przypadkiem, przechodząc ulicą Św. Tomasza. Niedawno skarżyłem się, że zamknęli mój ulubiony sklepik papierniczy na rogu, urządzając w tym lokalu dziewięćset pięćdziesiątą pierwszą knajpę. Tym razem w lokalu po dawnym biurze rezerwacji lotniczych (faktycznie, dinozaur w dobie internetu) powstała – ciężko w to uwierzyć – nie knajpa tylkko… księgarnia. Taka niezwykła, z albumami. House of Albums się nazywa, żeby brzmiało bardziej zwykle. Dziwna inwestycja. Czy wystarczy snobów?