Ostatnio przypadkowo odkryłem w sieci parę blogów poetów ukraińskich i białoruskich, oraz ich kumpli, którzy gościli kiedyś w Krakowie na stypendiach w Willi Decjusza, a przez to miałem okazję się z nimi tu i ówdzie nabzdryngolić. Muszę przyznać że jestem pod wrażeniem. Z tego co widać na tych blogach, (a trudno przypuszczać żeby blogi były nieautentyczne) – za naszą wschodnią granicą być może w jakichś tam dziedzinach polityczno-gospodarczych jest syf, kiła i mogiła, ale bycie literatem oznacza prawdziwe dolce vita. Egzystencję w arkadii. Życie składające się z nieustającego wesołego tourne, oglądania rumianych, uśmiechniętych facjat, i kolekcjonowania samych przeuroczych interlokucji. Coś takiego jak osobiste animozje, zazdrość, sytuacja że zapytanie o strofę jambiczną natachmiast przeradza się w pyskówkę kloaczną, jest nie do pomyślenia. 


Szczególnie polecam blog Pana Jowialnego Andreja Chadanowicza. „U was dzisiaj i Gałczyński by się nie przebił” tymi smutnymi słowy Andrej jak tygrysa plecy antylopy pazur (czy też odwrotnie, jeden ch**) rozdrapuje rany wyrażone w teledysku poniżej. Tak, tam oni mogą sobie funkcjonować na salonach pisząc  tak:

Хлапчук сядзеў каля вады,
зь пясочку ўзводзіў гарады.
Пясок трывалы быў, як цэгла,
пакуль дзяўчынка не прабегла.


w mojej skromnej antypyrafrazie:

Drugi chłopczyk obok lasku
też budował zamki z piasku.
Pyta dziewczę: mam je popsuć?
- Spadaj! woła. Wolę chłopców.