Wpisy z okresu: 9.2009

    Wczoraj

    2 komentarzy

    Wchodząc do namiotu rozbitego nad jeziorami Kananaskis, przy akompaniamancie przerażająco-śmiesznego wycia kojotów, pomyślałem – o cholera, przytrafiło mi się, wszedł tu jakiś skunks i się załatwił (są w tym regionie dwa gatunki skunksów).

    Na szczęście to były tylko moje adidasy.

    Odległości zrobiły się duże, dziś musiałem przemierzyć kilkaset kilometrów, prawie nie wychodziłem z auta i tylko trzy nowe, dość proste kopniaki:

    wrona amerykańska
    sroka amerykańska
    dzięcioł kosmaty

    a ze ssaków, co za szajs – zwykły piżmak, zwany i u nas amerykańskim. Oprócz tego coś dziwnego, wielkości mniej więcej świstaka poleciało w las, ja za tym czymś, ale uciekło. Mogę jedynie powiedzieć że był to na pewno ssak futerkowy, a nie jakiś kurak, co przez chwilę podejrzewałem.  

    To straszne, ale okazuje się, że choćbym bardzo się starał, nie dam rady przemyszkować wszystkich zagajników i mokradeł na liczącej 3,5 tys. kilometrów trasie. Na szczęście udało mi się znaleźć jakieś towarzystwo przyrodnicze w Calgary i namówić na spotkanie ichniego speca od wycieczek. Wyciągnę z gościa ile się da.

    Kiepsko z sowami, a przecież wrzesień to teoretycznie dobra pora. Rozbiłem się właśnie nad brzegiem małego jeziorka, jest wieczór, przede mną ściana górskiego lasu. I co? I cisza! U nas przynajmniej puszczyk zwykły by się odezwał.

    Za to po drugiej stronie szosy jest większe jezioro i tam na nim coś się dzieje. Oprócz oczywiście setek Branta canadensis jakieś mniejsze, nieznanym mi głosem odzywające się kaczkowate. Po ciemku nie widziałem. Zobaczymy, co przyniesie ranek.

    Szlak w górskim parku Strathcona wydawał się na mapie krótki, w rzeczywistości pętla miała 9 km a wybrałem się na wędrówkę dość późnym popołudniem, przy mocno zachmurzonym niebie. Zaczęło zmierzchać a ja mam jeszcze spory kawałek do przejścia. Nie problem poświecić sobie czołówką. Tylko że w rozdawanych tu ulotkach piszą że spotkanie z niedźwiedziem czarnym  (baribalem) w zasadzie nie jest niebezpieczne, ale po ciemku może być różnie. Grizzly atakuje wyłącznie defensywnie, baribal potrafi napaść, zabić i zjeść z premedytacją. W razie czego należy dać mu za wszelką cenę do zrozumienia, że człowiek nie jest jego pokarmem. No dobrze, człowiek… Ale kaczka? Patrzę na majaczące w ciemności kikuty połamanych drzew, wyobrażam sobie, że to jakieś potwory i sam śmieję się ze swojej infantylności.

    W pewnym momencie – niestety, ten łeb z uszami…

    Były dwa, zareagowały prawidłowo – tzn. zaczęły uciekać, jeden na drzewo, drugi w krzaki.

    Dzięki temu jestem jeszcze z wami.

    Mija półmetek wycieczki, opuściłem wybrzeże Pacyfiku, więc szybkie podliczenie gatunków. Te wytłuszczone to nowo zaliczone.   

    Ptaki

    nur lodowiec
    perkoz rdzawoszyi
    perkoz grubodzioby
    kormoran rogaty
    kormoran krasnolicy
    czapla modra
    łabędź niemy
    bernikla kanadyjska
    krzyżówka
    krakwa
    rożeniec
    świstun amerykański
    płaskonos
    cyraneczka
    kamieniuszka

    uhla
    uhla pstrodzioba
    nurogęś
    sępnik różowogłowy
    błotniak zbożowy
    (C. c. hudsonius, wytłuszczam, bo pewnie niedługo i tak zrobią split ;)
    krogulec czarnołbisty
    myszołów rdzawosterny
    bielik amerykański
    rybołów
    drzemlik
    przepiór kalifornijski
    łyska amerykańska
    żuraw kanadyjski
    sieweczka krzykliwa
    ostrygojad czarny


    brodziec piegowaty
    biegus plamisty
    biegus alaskański
    szlamiec długodzioby
    mewa kanadyjska


    mewa kalifornijska
    mewa lodowa
    mewa śniada
    nurnik aleucki
    morzyk marmurkowy
    gołębiak kalifornijski
    gołąb pręgosterny
    rybaczek popielaty
    oskomik czerwonogłowy
    dzięcioł różowoszyi
    modrosójka czarnogłowa
    sójka kanadyjska
    wrona alaskańska
    kruk
    dymówka
    sikora jasnoskrzydła
    sikora brunatna
    kowalik czarnogłowy
    pełzacz amerykański
    strzyżyk myszaty


    strzyżyk śpiewny
    strzyżyk (zwykły T. Troglodytes znaczy się ;)
    pluszcz meksykański
    mysikrólik złotogłowy
    ogniczek
    drozd wędrowny
    szpak
    świergotek bagienny
    jemiołuszka cedrowa
    lasówka pstra
    cytrynka czarnolica
    pipil czarnogrzbiety
    bagiennik żółtobrewy
    pasówka śpiewna
    pasówka płowa
    junko zwyczajny
    epoletnik krasnoskrzydły
    kacykarzyk purpurowy
    dziwonia ogrodowa
    krzyżodziób świerkowy
    czyż złotawy
    wróbel domowy

    Ssaki

    wiewiórka czikari
    wydra kanadyjska
    norka amerykańska
    jeleń wirginijski
    foka pospolita
    uchatka grzywiasta
    uchatka kalifornijska
    pływacz szary
    niedźwiedź czarny


    W tropikach byłoby więcej, ale to przecież kraj umiarkowany, (szerokość geograficzna taka sama jak Kraków) w okresie dla obserwacji – suboptymalnym. 

    .

    oto miś


    a to kupa misia


    a żeby zakończyć przyjemniejszym akcentem – modrosójka czarnogłowa.

    Tylko tyle, zwijam się, przede mną Góry Skaliste i prerie Alberty. 

    Stwierdziłem, że aby zwalczyć dżetlega (czyli budzenie się o 3.30 rano) lepiej znieczulić się nie moczopędnym piwem, tylko czymś mocniejszym. W sklepie z napitkami kupiłem małą flaszkę whisky. Kiedyś słyszałem sarkastyczne powiedzienie, że Canadian whisky to takie same badziewie jak Czech wine. A może odwrotnie? Nieistotne. Nie jestem uprzedzony ani do jednego ani do drugiego. Zapytałem sprzedawczyni czy ma jakiegoś plastikowego kielonka. Nie miała. Ale wspaniałomyślmie obdarowała mnie półlitrowym kuflem, z firmowym nadrukiem jakiegoś ale. 

    Przybywszy do końca zaplanowanej na dziś podróży otworzyłem flaszeczkę, nalałem ździebko do tego kufla i pociągnąłem. Trochę za szybko, zakrztusiłem się. Popitki trzeba! Popatrzyłem na stół i jakiś odrdzeniowy impuls powiedział mi: brązowawy napój w półlitrowym kufelku to na pewno cola. Złapałem (znaczy się to samo naczynie) i wychyliłem, tym razem sążnistego łyka.

    Ale dość bzdur, oto sprawy poważne.   


    Saanich peninsula, Island view beach, jak tu gorąco! Dziś było 26 stopni. W powietrzu, bo ocean lodowaty.

    Złapałem się na tym, że digiskopujący ptasiarz jest dziś jak zielarz czy entomolog. Najpierw zasuszy wzgl. złapie i wrzuci do zatruwaczki (tu zamiast eteru – CCD) i potem próbuje oznaczyć. 


    No, to łatwe do rozpoznania. Wstrętne ptaszydło, jak zanurkuje to  wypływa po godzinie, dwie wyspy dalej.


    Też łatwizna, dzięcioł różowoszyi


    A tu niedola. Czy ja jestem mauri czy pusilla??? a może jeszcze inny pies…
    Odpowiedź: tak, młodociamy mauri czyli biegus alaskański.


    Przepiór kalifornijski na samej północnej granicy zasięgu.


    Głowiłbym się długo, ale miejscowy ptasiarz podpowiedział: Lasówka pstra


    Nie no, te ich sparrows czyli jakieś pasówki, spizele, nieszporki itp. są wykańczające!!! Co to k… jest??? (Pełno tego lata tego lata.)
    Rozwiązanie zagadki: bagiennik żółtobrewy.


    Jest tu parę egzotycznych jaskółek, ale to akurat nasza zwykła juwenilna dymówka. Ona nie jest taka mała, tylko druty tu robią takie grube. 


    Na koniec scenka rodzajowa. Oni za chwilę wyciągną jointa i na całym parkingu rozniesie się zapach takiego towaru że ech…. w tym momencie pożałowałem, że nie wziąłem Pułki, bo by zaraz od nich działkę wysępił.

    Myślałem, że jestem twardziel i mnie to nie spotka, ale niestety.  Nie pomogło niespanie tylko jechanie po nocy samochodem do Berlina, zarwanie całej przedpoprzedniej i pół poprzedniej nocy w „Miejscu”. Potem bieganie po lotniskach i jedna plus dziewięć godzin niewygodnego lotu. Jest tutejsza szósta rano (w Polsce piętnasta) więc skoro nie mam nic innego do roboty, zajrzę do tego ostatnio mocno zaniedbanego blogaska i uskutecznie twórczość, przed którą zawsze się broniłem. Której nie wyobrażałem sobie, nawet się zanurzając się w głębinę (tak się niektórym wydaje, bo de facto jedynie brodząc po brzegu) odmętów tzw. obciachu.

    Czyli teraz będzie tzw. mój kochany pamiętniczku.

    Jakie ptaki zamierza pan oglądać? Pokazałem urzędniczce imigracyjnej Sibleya i nie pytała więcej.

    - Ale ja poproszę o samochód z manualną skrzynią biegów.
    - Zapomnij gościu! Mówi facet w wypożyczalni na lotnisku w Vancouver. Wszędzie w north america są tylko automaty.

    Coś mi tam pokazał… no dobrze. Do przodu, do tyłu. Litości, toż to taka motoryzacyjna „idiotenkamera”. Nie chciał mi powiedzieć do czego służą pozycje N, 2 i L. Sprawdziłem w Wikipedii.

    Powietrze miło pachnie, ale gdziekolwiek człowiek ruszy się z Krakowa to mu miło pachnie.
    Ptaków jakoś nie widać. U nas już po terminalu skakałyby już wróble i jakieś kawki, a tu nic. W ogóle, nawet na suburbiach nie widziałem jeszcze wróbla.

    Kilometr za lotniskiem widzę kątem oka pierwszy nowy gatunek w liczbie osobników dwóch: Wrona amerykańska. Krótki dziób, wypłowiały łeb, jeszcze się im przyjrzę.

    Osiedle Ladner, nad kanałem portowym w ujściu rzeki Fraser. Chłopcy o powierzchowności gangsta-raperów jak dzieci zbierają z krzaków jeżyny. W trzcinach jedna czapla modra. Patrzę na drzewa, krzaki – osiki zwykłe, olsze i brzoza brodawkowata jak nasza, reszty nie identyfikuję od razu. Stado sikor, na pierwszy rzut ucha jak nasze czarnogłówki, ale to są tutejsze sikory białoskrzydłe. Jak się dobrze wsłuchać to to ich chicka-dee dee dee jest nieco bardziej brzęczące, nosowe. Mniej bezczelne.

    Znajduję motel, z zwenątrz trąci lekko obskurnością ale w środku wporzo. Wieczorem wypad w ujście rzeki. Nie opisuję, bo i tak wrócę tam dziś rano.

    A na koniec lista lektur, które oprócz Sibleya zabrałem na ten trzytygodniowy wyjazd:

    Sanjay Nigam: Człowiek transplant
    D. Basiński: motor kupił duszan
    Houellebecq: Możliwość wyspy


    • RSS