Myślałem, że jestem twardziel i mnie to nie spotka, ale niestety.  Nie pomogło niespanie tylko jechanie po nocy samochodem do Berlina, zarwanie całej przedpoprzedniej i pół poprzedniej nocy w „Miejscu”. Potem bieganie po lotniskach i jedna plus dziewięć godzin niewygodnego lotu. Jest tutejsza szósta rano (w Polsce piętnasta) więc skoro nie mam nic innego do roboty, zajrzę do tego ostatnio mocno zaniedbanego blogaska i uskutecznie twórczość, przed którą zawsze się broniłem. Której nie wyobrażałem sobie, nawet się zanurzając się w głębinę (tak się niektórym wydaje, bo de facto jedynie brodząc po brzegu) odmętów tzw. obciachu.

Czyli teraz będzie tzw. mój kochany pamiętniczku.

Jakie ptaki zamierza pan oglądać? Pokazałem urzędniczce imigracyjnej Sibleya i nie pytała więcej.

- Ale ja poproszę o samochód z manualną skrzynią biegów.
- Zapomnij gościu! Mówi facet w wypożyczalni na lotnisku w Vancouver. Wszędzie w north america są tylko automaty.

Coś mi tam pokazał… no dobrze. Do przodu, do tyłu. Litości, toż to taka motoryzacyjna „idiotenkamera”. Nie chciał mi powiedzieć do czego służą pozycje N, 2 i L. Sprawdziłem w Wikipedii.

Powietrze miło pachnie, ale gdziekolwiek człowiek ruszy się z Krakowa to mu miło pachnie.
Ptaków jakoś nie widać. U nas już po terminalu skakałyby już wróble i jakieś kawki, a tu nic. W ogóle, nawet na suburbiach nie widziałem jeszcze wróbla.

Kilometr za lotniskiem widzę kątem oka pierwszy nowy gatunek w liczbie osobników dwóch: Wrona amerykańska. Krótki dziób, wypłowiały łeb, jeszcze się im przyjrzę.

Osiedle Ladner, nad kanałem portowym w ujściu rzeki Fraser. Chłopcy o powierzchowności gangsta-raperów jak dzieci zbierają z krzaków jeżyny. W trzcinach jedna czapla modra. Patrzę na drzewa, krzaki – osiki zwykłe, olsze i brzoza brodawkowata jak nasza, reszty nie identyfikuję od razu. Stado sikor, na pierwszy rzut ucha jak nasze czarnogłówki, ale to są tutejsze sikory białoskrzydłe. Jak się dobrze wsłuchać to to ich chicka-dee dee dee jest nieco bardziej brzęczące, nosowe. Mniej bezczelne.

Znajduję motel, z zwenątrz trąci lekko obskurnością ale w środku wporzo. Wieczorem wypad w ujście rzeki. Nie opisuję, bo i tak wrócę tam dziś rano.

A na koniec lista lektur, które oprócz Sibleya zabrałem na ten trzytygodniowy wyjazd:

Sanjay Nigam: Człowiek transplant
D. Basiński: motor kupił duszan
Houellebecq: Możliwość wyspy