Odległości zrobiły się duże, dziś musiałem przemierzyć kilkaset kilometrów, prawie nie wychodziłem z auta i tylko trzy nowe, dość proste kopniaki:

wrona amerykańska
sroka amerykańska
dzięcioł kosmaty

a ze ssaków, co za szajs – zwykły piżmak, zwany i u nas amerykańskim. Oprócz tego coś dziwnego, wielkości mniej więcej świstaka poleciało w las, ja za tym czymś, ale uciekło. Mogę jedynie powiedzieć że był to na pewno ssak futerkowy, a nie jakiś kurak, co przez chwilę podejrzewałem.  

To straszne, ale okazuje się, że choćbym bardzo się starał, nie dam rady przemyszkować wszystkich zagajników i mokradeł na liczącej 3,5 tys. kilometrów trasie. Na szczęście udało mi się znaleźć jakieś towarzystwo przyrodnicze w Calgary i namówić na spotkanie ichniego speca od wycieczek. Wyciągnę z gościa ile się da.

Kiepsko z sowami, a przecież wrzesień to teoretycznie dobra pora. Rozbiłem się właśnie nad brzegiem małego jeziorka, jest wieczór, przede mną ściana górskiego lasu. I co? I cisza! U nas przynajmniej puszczyk zwykły by się odezwał.

Za to po drugiej stronie szosy jest większe jezioro i tam na nim coś się dzieje. Oprócz oczywiście setek Branta canadensis jakieś mniejsze, nieznanym mi głosem odzywające się kaczkowate. Po ciemku nie widziałem. Zobaczymy, co przyniesie ranek.