Po krótkiej wycieczce na teren prowokacji religijnej (nb. proszę zobaczyć, jak bardzo zbieżna jest moja reakcja na wrocławską debatę z tym co napisał na witrynie KP Dr Paweł Rudnicki) wracam do znacznie mi bliższej dziedziny, która ku mojemu zmartwieniu również próbuje być zawłaszczana przez lewaków. Chodzi oczywiście o tzw. ekologię.

Stali czytelnicy tego bloga pamiętają, że najdłuższą notką jaką tu wysmarowałem, była recenzja książki Michała Olszewskiego „Low-Tech”, która ukazała się w kwietniu br.  Wytknąłem tam autorowi szereg merytorycznych blag i absurdów. Szczególnie wkurzył mnie opis wycieczki ornitologicznej, w trakcie której wyłożono bzdurną teorię, jakoby turystyka w górach typu beskidzkiego zagrażała populacji puchacza. W późniejszej rozmowie okazało się, że nie jest to tylko opinia fikcyjnej literackiej postaci, ale także samego autora. Któremu krytycy słusznie zarzucają nieumiejętność rozdzielenia ról beletrysty i radykalnego dziennikarza.   

I oto kilka dni temu ukazał się obszerny artykuł autorstwa trzech trójmiejskich naukowców pt „Nie oddawajcie fokom domu”. Niechże Pan Olszewski się z nim zapozna, w końcu publikuje w tej samej gazecie. Nic dodać nic ująć, polecam zwłaszcza fragment o tysiącach morświnów w Morzu Północnym, którym nie przeszkadzają rurociągi i inne instalacje. Tekst niewątpliwie nadający się do rzeczowej polemiki. Ale faktem jest, że opisywana polityka „przerostu prymitywnego marketingu” nie ogranicza się do samych fok, ale jest powszechną praktyką w  działaniach ekologów i ochroniarzy przyrody. I tych drobnych, lokalnych, i tych głośniejszych, jak choćby konflikt o Rospudę.

Co się zaś tyczy samej książki – jestem niepocieszony. Moja recenzja była w wielu punktach celowo przejaskrawiona i przesadzona, miałem jednak nadzieję że książka wzbudzi spore zainteresowanie i burzliwe dyskusje w poważniejszych mediach. Niestety, nie miała praktycznie żadnego odbioru. Nie wzbudziła ani ćwierci tego zainteresowania co np. kolejny bzdet Michaśki Witkowskiego. Ukazało się ledwie kilka recenzyjek, utrzymanych w drwiąco-kpiącycm tonie, czepiających się wtórności konstrukcyjnej i stylistycznej, owej dostojewszczyzny, pomijając kwestię meritum. Skoro zawiódł światek literacki, w większości zupełnych przyrodniczych ignorantów, to – pomyślałem – książka powinna zainteresować środowiska tych, którym bliskie są „te co skaczą i fruwają”. Nic z tego, nie zauważyłem żadnej recepcji wśród znajomych przyrodników, żadnych dyskusji na forach ekologicznych. (Michał – jeśli się mylę – oświeć mnie). Obawiam się niestety że lektura większości z tych osób ogranicza się do branżowej literatury fachowej, a ich horyzonty estetyczne nie wyrastają ponad ogół przeżuwający papkę z telewizyjnej „tuby jednostajnej”.

Nie wiem jakie dalsze plany mają autor i wydawca. Moim skromnym zdaniem, warto byłoby spróbować – po redaktorskich poprawkach (dłużyzny na początku…) wydać to – jednak pod wieloma względami udane i nowatorskie dziełko na Zachodzie. Gdzie odsetek populacji „ekologicznie świadomej” a jednocześnie kulturalnej jest niewspółmiernie większy. Radykale, do boju! Nie zmarnuj tej szansy.