Historyjka z ostatniego czwartku: Wracam z kilkudniowego pobytu w Austrii. Słucham sobie radia niemieckiego, potem czeskiego. Przed Cieszynem łapiemy polską jedynkę, właśnie wybiła piąta po południu,  rozpoczynają nadawać wiadomości. Pytam się mojego kompana: jak myślisz, jaki news podadzą na pierwszym miejscu? Za chwilę obaj parskamy śmiechem. Śmiejemy się długo i serdecznie.

W sieci nagle znów oglądany jest mój grudniowy „Song o Krzyżach”. Na swoją facebookową stronę wrzuciła go Blogerka Kataryna, a teraz klip wisi na wcześniej mi nieznanym portalu wpolityce.pl prowadzonym przez sierotę po śp. Dzienniku – M. Karnowskiego. Z odredakcyjnym komentarzem: „Przerażające”.  

Czyżby? Nie powiem, z pewną satysfakcją czytam takie wypowiedzi jak prof. Zbigniewa Mikołejki w GW: „Krzyż przed pałacem stał się plemiennym totemem”, czy też Normana Daviesa w Newsweeku, o tym że komunizm pozostawił w głowach Polaków prymitywne dzielenie świata na dwie kategorie. Niemalże jak cytaty z mojej piosenki. Tak więc, szanowni redaktorzy i blogerzy, plus dla mnie że ja, wieszcz narodowy, na pół roku wcześniej trafnie przewidziałem i opisałem histerię polskiego kołtuna.

Ale co innego mnie jeszcze intryguje. W ten cały satyryczno-medialny magiel zostaje powoli wciągany najpiękniejszy ptak świata, Anas platyrhynchos. Tylko dlatego, że Polacy nazwali go nie jakimś pospolitym Mallard, Stockente, Kachna divoka itp. tylko – od sylwetki kreślonej na niebie – wzniośle: Kaczka Krzyżówka. Proponuję więc obrońcom krzyża przyjąć za hymn mój inny song, tekst tutaj, nagranie live z okrzykami rozentuzjazmowanych fanów tutaj.


A teraz chwila oddechu, płyniemy z prądem, zamiast pod prąd… Prądnika? Nie. Dunaju.