Datę 9. listopada 1989 uważa się powszechnie za dzień w którym upadł mur Berliński. Dziś i ja dorzucę swoje wspomnienia. Mur berliński, kiedy jeszcze stał oglądałem przez wiele lat – i ze wschodniej i z zachodniej strony. 9.11. mnie przy nim nie było. O ile jednak w tym dniu wieczorem nastąpiło zaledwie spontaniczne otwarcie kilku przejść granicznych, o tyle fizycznie rozbiórkę muru rozpoczęto 12. listopada na Placu Poczdamskim. Tam już byłem.

Demontaż komuny w Polsce rozpoczął się wcześniej. Pod koniec 1988 roku Rząd Rakowskiego pozwolił Polakom trzymać paszporty w domu (wcześniej obowiązkowo trzeba było je odnosić milicję i pisać podanie przed każdym wyjazdem zagranicznym). Trudno było jednak wyjechać gdziekolwiek na zachód bez wizy. Wyjątkiem – ze względu na specjalny status – był Berlin Zachodni. Tam też rodacy zaczęli masowo jeździć i handlować czym popadnie. Ja też zacząłem wtedy rozkręcać swój biznes. No nie, nie stałem na bazarze z koszykiem jajek wołając „eine Mark”. Miałem konto w jednym z banków (w świetle ówczesnego polskiego prawa było to nielegalne…)  na które pierwsi klienci wpłacali mi kasę.  Przyjeżdżałem co 2-3 tygodnie wypłacać gotówkę, potem kupowałem na czarnym rynku trochę marek enerdowskich, przechodziłem na wschodnią stronę i z kumplem rządziliśmy w eleganckim barze w nieistniejącym już Palast der Republik, zamawiając jeden po drugim, z karty jak leci, kolorowe drinki. Wychodziło to naprawdę tanio.

Kiedy dowiedziałem się w trakcie studenckiej imprezy, że mur ostatecznie padł, wsiadłem w nocny pociąg z Poznania którym zwykle jeździli do Berlina handlarze. Dobrze trafiłem, była to niedziela 12 listopada, dzień w którym z wielką pompą po raz pierwszy wytyczono nowe przejście przez dziurę w murze. Działo się to wczesnym rankiem na Placu Poczdamskim, miejscu o którym opowiada nominowany do oskara film „Królik po berlińsku”. Granica jeszcze formalnie istniała, zaimprowizowano punkt kontrolny. Furtka była jednak otwarta tylko dla obywateli Niemiec, obcokrajowcy musieli korzystać z dotychczasowych regularnych przejść. Mimo wszystko podszedłem do mundurowego,  pokazując mu polski paszport pytam: „kann ich durch?” Na co on: „Nein, zurück!” i pokazuje…. kierunek zachodni (w zamieszaniu myślał że stamtąd właśnie przyszedłem). Korzystając z takiego tricku wcześniej kilku enerdowcom udało się uciec na zachód.  

Tym razem byłem z pewnością pierwszym Polakiem który przez Plac Poczdamski przeszedł! Po drugiej stronie muru zaraz dopadł mnie jakiś dziennikarz z mikrofonem. Wszędzie pełno było kamer telewizji z całego świata… dziś znajduję w sieci różne relacje z tego święta jak choćby ta:

Siebie póki co nie zobaczyłem, ale może kiedyś – kto wie. Byłem ubrany w zielone moro.

Tymczasem wywalczoną wtedy wolność po kawałku nam zabierają. Napisałem właśnie protest song przeciw zakazie palenia w knajpach. Dziś wieczorem w „Lokatorze” nagrywam teledysk.


A w Berlinie i w innych niemieckich landach – cóż, znów można zapalić przy barze.